„W tamtym czasie w Widzewie było wielu wyrazistych piłkarzy.” Rozmowa z Wojciechem Szymankiem

Wychowanek Polonii Warszawa, w Widzewie spędził trzy i pół roku. Rozmawiałem z Wojciechem Szymankiem o dwóch awansach do ekstraklasy, Stratonie i tworzeniu atmosfery w zespole.

Łukasz Karpiak: Wychowywał się pan na Pradze, występował pan w Polonii i Widzewie. Były jakieś problemy z tym związane na osiedlu?

Wojciech Szymanek: Gdy byłem młody to były problemy. Małe środowisko, wszyscy się znali i wiedzieli, że trenuję w Polonii. Czasami trzeba było nadrabiać kilka kilometrów, żeby pójść do szkoły. Musiałem chodzić na około, bo mieszkałem na początku Brzeskiej, po drodze przechodziłem obok wszystkich ciemnych bram i bywały kłopoty. Z czasem, jak zacząłem grać w ekstraklasie, moje nazwisko zaczęło się przewijać w mediach to chwalono mnie, że się wybiłem. Ci, którzy chcieli mnie obijać, przychodzili do mnie i mówili, że jak siedzieli w kryminale to się chwalili: Ten Szymanek to jest z naszej bramy. Także było śmiesznie.

Ł.K.: To też chyba wpłynęło na pana boiskowy charakter. Nawet jak nie wyszedł panu jakiś mecz, to nie można było powiedzieć, że przeszedł pan obok spotkania.

W.S.: Byłem ambitnym zawodnikiem. Może talentu czysto piłkarskiego brakowało mi w niektórych momentach, ale zaangażowania, determinacji nie można było mi odmówić. Zawsze dawałem z siebie sto procent, czy to w czasie spotkań czy na treningach. Czasami myślę, że żeby zaistnieć gdzieś w ekstraklasie, trzeba mieć jeden punkt mocny i jego się trzymać, a resztę doszkalać.

Ł.K.: I charakterem nadrabiać braki.

W.S.: Dokładnie. Czy ktoś jest szybki, czy jest dobry technicznie, czy ma charakter- to nieistotne. Trzeba mieć wiodącą cechę. Wtedy jest dużo łatwiej, niż mieć trochę z szybkości, trochę z techniki. Trzeba być wyrazistym. A w tamtym czasie w Widzewie było wielu wyrazistych piłkarzy.

Ł.K.: Można powiedzieć, że cała szatnia była wyrazista: Robak, Sernas, Dudu…

W.S.: Był Ukah i Broź, który zagrał w Lidze Mistrzów. Lisowski, Panka- reprezentant Litwy, przebijał się Piech. Mielcarz jeszcze w Sieradzu broni. Można powiedzieć, że drużyna została zbudowana bardzo dobrze pod względem charakterologicznym. Nie brakowało nam też umiejętności piłkarskich.

Ł.K.: Cały pobyt w Widzewie to chyba była dla pana sinusoida. Pod względem piłkarskim, ale również pozasportowym.

W.S.: Pod względem piłkarskim nie do końca się zgodzę. Wszyscy podkreślali, że moja ostatnia runda była najlepsza w Widzewie. Finansowo- wiadomo- klub zaczął iść w złą stronę. Co prawda w momencie końca mojego kontraktu, było jeszcze wszystko regulowane. Dopiero później zaczęły się duże problemy. Tę historię wszyscy znają w Widzewie. Klub się spóźnił z wypłatami dwa dni i właściciel poprosił do siebie Adriana Budkę i bardzo przepraszał za opóźnienie. Mówił, że nie wiedział, że gdyby dotarły do niego takie informacje, to by do tego nie dopuścił. Standardy były mocno zachodnioeuropejskie, nawet bym powiedział szwajcarskie. Nie ukrywam, kariera piłkarska nie jest długa i trzeba dbać również o finansowe sprawy. Potem nagle przychodzą problemy zdrowotne czy słabsza forma i trzeba sobie jakoś poradzić. Klub był wtedy poukładany, wszyscy o tym wiedzieli, więc można było pozyskiwać dobrych zawodników.

Ł.K.: Czyli można było sobie pozwolić na Bogdana Stratona?

W.S.: Słyszałem kilka plotek. Ponoć wysyłał CV po polskich klubach, nie wiem ile jest w tym prawdy. Jeżeli chodzi o Stratona, bo go doskonale pamiętam, to nie można mu odmówić profesjonalizmu, zaangażowania, podejścia do treningów. Po prostu umiejętności były słabsze. Może w innym klubie miałby szansę. Nie w ekstraklasie, ale w pierwszej lidze. Tu trafił na grupę obrońców, która nie odpuszczała. Iskry często się pojawiały na treningach.

Ł.K.: Nic dziwnego. Trójka dobrych obrońców ,więc nogi nikt nie cofał.

W.S.: Jak na polskie warunki bardzo dobrych. Bardzo często treningi, gierki przypominały mecze. To było bardzo dobre i dla obrońców, ale też dla napastników. Mając naprzeciw siebie w trakcie treningu Robaka czy Sernasa, którzy przy walce o piłkę nie krzyczą „ała”, zbierało się cenne doświadczenie.

Ł.K.: Po decyzji, że Widzew jeszcze raz musi walczyć o awans do ekstraklasy, nie baliście się, że ktoś będzie chciał odejść i zespół się osłabi?

W.S.: Już wcześniej dochodziły do nas słuchy, że taka sytuacja może mieć miejsce. Nie spadło to na nas nagle. Byliśmy na to przygotowani. Duży ukłon też w stronę zarządu, bo wszystkie warunki zostały na tym samym poziomie. Nie było cięć pensji, tylko premie się zmieniły, z tego co pamiętam. Ten exodus powstrzymał fakt, że poziom finansowy i jakości piłkarskiej w drużynie został zachowany. Wszyscy zostali w klubie.

Ł.K.: Tę pierwszą ligę rozbiliście w pył.

W.S.: Jeżeli chodzi o kibiców, to jednak trochę było problemów.

Ł.K.: Często mówiono o pobytach w „Czekoladzie”.

W.S.: W „Czekoladzie”, dokładnie. Wiadomo, że to nie pomaga. Mogę mówić tylko za siebie. Czasami można wyjść, ale wszystko musi być z rozsądkiem. Wiemy kiedy jest mecz, kiedy jest dzień wolny. Nie można przesadzać w obie strony. Jest duże natężenie psychiczne, jeżeli chodzi o sportowców. Media, kibice. Jest to tak nakręcone, że zawodnicy muszą odpocząć. Jeden się relaksuje w domu, drugi wypije lampkę wina jak Casillas.

Ł.K.: Albo jak Messi i po skończonym sezonie Iniesta wyprowadza go z imprezy.

W.S.: Nie słyszałem o tej historii.

Ł.K.:Było takie zdjęcie, że Iniesta wyprowadza Messiego z podpisem: Iniesta nawet na imprezie asystuje Messiemu.

W.S.: Messi taki zmęczony? Wiadomo, czasami można sobie pozwolić. Jednak jeżeli ktoś przeginał, to były rozmowy między chłopakami. Na pewno mieliśmy dobrą atmosferę, a to jest jeden z głównych punktów, żeby osiągać sukces.

Ł.K.: Przez dłuższy czas Widzew trenował poza Łodzią. Piłkarze, przyjeżdżali na trening, odbywała się jednostka i rozjeżdżali się do domów. To też ma wpływ na budowanie atmosfery w zespole?

W.S.: Nie wiem, jak jest teraz w Widzewie, ale jest taki rytuał. Pobyt w klubie jest tak samo ważny, jak sam trening. Przyjście do szatni, wypicie kawy, porozmawianie z kolegami, skorzystanie z masera. To też jest ważne. Również przyjście wcześniej i robienie ćwiczeń, które zapobiegają kontuzji. Coraz więcej zawodników po wypiciu kawy, zamiast siedzieć i dłubać w nosie, ćwiczy i uzupełnia jednostkę treningową, wzmacniając swoje słabsze strony. Są również badania, które sprawdzają gibkość ciała i dzięki temu zawodnik wie, co ma poprawiać. Po to jest ten czas przed treningiem. W Polonii jest to godzina przed treningiem. I to też buduje atmosferę. A takie sprawy jak zostawanie po treningach, to było modne X lat temu. Teraz się zdarza, że chłopaki, szczególnie młodzi, są jeszcze w korkach i już wyjmowane są telefony.

Ł.K.: Instragram?

W.S.: Może nie Instagram. Dzwonią, jakby robili jakieś biznesy albo mieli piątkę dzieci. I to przeszkadza w koncentracji. W Widzewie często zostawaliśmy pół godziny po treningu. Nie trenowaliśmy, ale rozmawialiśmy, żartowaliśmy, powolna kąpiel. Taki rytuał. Fajnie, że nikt Cię nie goni, możesz posiedzieć w klubie. Można porozmawiać o treningu, jak kto zagrał, można się pośmiać z kogoś, że dostał „dziurę”. To wszystko składa się na atmosferę w zespole. A jak ktoś nie ma ochoty, idzie do domu.

Ł.K.: Często pan Animucki przyjeżdżał na zgrupowania?

W.S.: Na zagraniczne tak. Prezes Animucki, prezes Cacek, prezes Mateusz.

Ł.K.: Pytam, bo była sytuacja, że Orange Sport realizował materiał o każdym zespole w trakcie przygotowań. W momencie, gdy był program o Widzewie, przyjechał prezes Animucki i cały program siedzieliście w szatni. Pod koniec programu wyszedł trener Michniewicz bardzo zdenerwowany.

W.S.: Zastanawiam się, gdzie był obóz. Byliśmy w Portugalii z trenerem Michniewiczem. Ale tej sytuacji już nie pamiętam. Ale przyjeżdżała cała grupa czy to na jeden dzień, czy pół obozu. Pamiętam, że ostatniego dnia obozu, kiedy była gierka pierwszego składu przeciwko rezerwowym, pojawiali się prezesi i obserwowali, co się dzieje.

Ł.K.: Często pojawiał się pan w pokojach prezesów?

W.S.: Nie. Lepiej się czułem w szatni i na boisku. Nie było zresztą takiej potrzeby. U prezesów czy u trenera zjawiałem się tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Ł.K.: Krążyła plotka, że w pokoju jednego z prezesów wisiał proporczyk Legii. Czyli nie miał pan możliwości zweryfikowania tej informacji.

W.S.: Szczerze, nie widziałem. Czytałem tę anegdotę w wywiadzie z Piotrkiem Kuklisem dla Weszło. Nie przypominam sobie, żeby była taka sytuacja. Nie chce mi się nawet wierzyć, że mogło tak być. Chyba, żeby wisiał proporczyk wymieniany przed meczem.

Ł.K.: Można było usłyszeć, że był pan głównym ogniwem buntu pod koniec przygody w Widzewie.

W.S.: Buntu… Czyli ja wszystkich zmusiłem do buntu.

Ł.K.: Podobno to pan podpowiedział Dudu, by nie przyjmował tej już legendarnej ziemi.

W.S.: O to chodzi. Nie chcę zbytnio do tego wracać, bo tematy finansowe powinny zostać między dłużnikiem a wierzycielem. Jeżeli ktoś mnie pyta, czy coś warto zrobić to odpowiadam szczerze: ja bym tego nie zrobił. Nie będę okłamywał chłopaków, z którymi gram, z którymi dzielę szatnię. Nawet jeżeli się z kimś pokopię na treningu, to cały czas jest to drużyna. Zresztą często to widać na boisku, że jak jest jakaś gorąca sytuacja na boisku, wszyscy idą w to miejsce. Tym się charakteryzuje drużyna. Ja mówiłem, jakbym się zachował w danej sytuacji. A jak ktoś poszedł do prezesów i powiedział „bo Szymanek tak powiedział”… Ja nie mówiłem mu konkretnie nie rób tego, bo to jest złe, tylko co ja bym zrobił. Po prostu jestem szczery, nie byłem zapalnikiem. Często przychodzili do mnie obcokrajowcy, bo nie miałem problemu z angielskim, miałem dobry kontakt z nimi. Tyle.

Ł.K.: To nie jest tak, że ten brak awansu do pucharów, których nikt się nie spodziewał, spowodował, że wszystko się zaczęło psuć szybciej w klubie?

W.S.: Faktycznie nikt się nie spodziewał, ale szansa była realna. W ostatnim meczu Górnik zrewanżował się nam za porażkę u siebie. To był słaby mecz w moim wykonaniu, ale i całej drużyny. Jak się przegrywa cztery zero, nie można mówić o przypadku. Zresztą ten wynik oddawał to, co się działo na boisku. Rzeczywiście, przy dobrych wiatrach, jakbyśmy wygrali, mogliśmy zagrać w pucharach. Jednak nie wydaje mi się, żeby to przyśpieszyło upadek. Problemy zaczęły się ze względów finansowych, krótko mówiąc. Jak w wielu klubach. W Polonii po Wojciechowskim przyszedł Król i się skończyło źle. Mnóstwo klubów miało problemy. Fajne jest to, że się z czasem podnoszą. Jeżeli klub ma markę i kibiców, prędzej czy później wróci do elity.

Ł.K.: Dobrze pan wspomina te trzy i pół roku w Widzewie?

W.S.: Bardzo fajnie. Uważam, że sportowo i pozasportowo było bardzo dobrze. W Łodzi urodziła się moja córka. Atmosfera była dobra, poznałem fajnych ludzi. Był trener Janas, trener Michniewicz, nie chcę pominąć innych trenerów. Była atmosfera pracy, którą bardzo lubię. Wtedy się czuje, że idzie sportowo do przodu. Wszystko było poukładane do pewnego momentu.

Ł.K.: Mimo wszystko serce nie będzie rozdarte, gdy z Polonią przyjedzie pan do Łodzi.

W.S.: Będąc w Widzewie powtarzałem, że jestem wychowankiem Polonii i śledzę jej losy. Serce też będzie trochę rozdarte. Kilka piosenek kibicowskich jeszcze pamiętam. Atmosferę na meczach też dobrze pamiętam. Mimo, że nie było nowego stadionu, to trybuny były blisko boiska, typowo piłkarski stadion. Ludzie żyją w Łodzi piłką. Jestem w szoku, że tak szybko udało się odbudować Widzew i ŁKS. Są podwaliny pod dalsze funkcjonowanie, jest nowy stadion, nie ma problemów z kibicami. Oczywiście, teraz pracuję w Polonii i zrobię wszystko, by „Czarne Koszule” wygrały w Łodzi.

Ł.K.: Gdzieś jeszcze się tli nadzieja, że uda się powtórka sprzed dwóch lat, gdzie Polonia atakowała lidera z pozycji czwartego miejsca i udało się awansować?

W.S.: Wtedy był ŁKS. Szczerze, w tamtym sezonie mieliśmy jasny cel, czyli awans. Teraz jest troszkę inaczej, budujemy dopiero drużynę. Polonia też musi finansowo i organizacyjnie się poprawić, by mówić o wyższych celach. Chwilowo chcemy dobrze grać w piłkę, wygrywać kolejne spotkania.

Ł.K.: Czyli teraz zwycięstwo w Łomży i oby zwycięstwo z Lechią Tomaszów.

W.S.: Ciekawostką jest, że z Lechią gramy w dniu finału Pucharu Polski. Na pewno chcemy wygrywać mecze. Drużyna jest ambitna, chłopaki chcą się rozwijać. Nie ma czegoś takiego, że nie ma celu awansu, więc nie musimy wygrywać. Każdy mecz chcemy wygrać i to jest dla nas najważniejsze.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

fot. widzew.com

1 thought on “„W tamtym czasie w Widzewie było wielu wyrazistych piłkarzy.” Rozmowa z Wojciechem Szymankiem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.