Paweł Buśkiewicz: „Piłkarsko nigdy mi nie brakowało umiejętności. Zabrakło mi zaciętości, podejścia do treningów”

Swoją karierę rozpoczął w Polonii Warszawa, by następnie występować między innymi w Górniku, Lask Linz, Beveren czy Koronie Kielce. Zakończył karierę w wieku 28 lat, choć miał jeszcze kilka lat kariery przed sobą. O wspomnieniach z kariery porozmawiałem z Pawłem Buśkiewiczem.

Łukasz Karpiak: Co jest aktualnie dla Pana priorytetem – tenis czy piłka nożna?

Paweł Buśkiewicz: Teraz się trochę zmieniło i więcej oglądam piłki nożnej. Mam firmę, która organizuje obozy piłkarskie, więc siłą rzeczy, piłka jest dla mnie aktualnie ważniejsza.

Ł.K.: Pasja do piłki do odżyła?

P.B.: Piłką zawsze się interesowałem. To, że przestałem grać nie oznacza, że kompletnie odszedłem od footballu. Mam wrażenie, że od momentu skończenia kariery, zacząłem oglądać więcej spotkań piłkarskich. Jak grałem w piłkę to częściej oglądałem spotkania tenisowe.

Ł.K.: Zadebiutował Pan w Polonii w wieku dziewiętnastu lat. Dla młodego chłopaka musiało to być zaskoczenie.

P.B.: Czy ja wiem, czy młody chłopak. Teraz dziewiętnastoletni piłkarze są ważnymi ogniwami w swoich drużynach, u nas zawsze piłkarz jest „młody”. Co do debiutu, w Polonii nie przelewało się, więc dużo młodych chłopców dostało szansę. Dzięki temu też zaistniałem w ekstraklasie.

Ł.K.: Jednak mimo rozegrania dwunastu spotkań czegoś zabrakło, by na dłużej w Warszawie zostać.

P.B.: Zdecydowanie zabrakło goli. Miałem wtedy chyba trzy słupki, dwie poprzeczki. Zabrakło bramki i trochę szczęścia.

Ł.K.: Mimo tego, że nie strzelił Pan bramki, to i tak zgłosiły się po Pana dwa kluby: Górnik Zabrze i GKS Katowice. Po latach można powiedzieć, że przejście do Katowic byłoby lepszym wyborem.

P.B.: Na pewno miałbym więcej szans na grę. Pod tym kątem źle wybrałem, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, co by było, gdybym zrobił inny krok. Człowiek podejmuje wyboru w życiu i musi się liczyć z konsekwencjami.

Ł.K.: Jak wyglądała współpraca Górnika z Interem? Piłkarze z Mediolanu faktycznie przewyższali umiejętnościami pozostałych piłkarzy z Zabrza?

P.B.: Teraz, gdy jestem starszy, trochę inaczej na to patrzę. Jakby udało się wypromować któregoś chłopca z Interu, to Górnik pewnie dłużej by z nimi współpracował. Z tego co pamiętam, to klub z Mediolanu płacił Górnikowi pieniądze, za występy wypożyczonych piłkarzy. Jeżeli nie byli bardzo słabi, to grali w pierwszym składzie.

Ł.K.: Trener miał z tyłu Górnikowi są potrzebne pieniądze?

P.B.: Tak, choć w stopę by sobie nie strzelał, wystawiając słabego piłkarza. Jeżeli było dwóch równorzędnych piłkarzy, to raczej by wystawiałby tego z Interu. Tak mi się wydaje. Pamiętam taką sytuację, że jeden z piłkarzy z Interu był chory, cały tydzień nie trenował. W dniu spotkania miał gorączkę a i tak połówkę zagrał, bo bodajże Inter płacił za minimum czterdzieści pięć minut w meczu.

Ł.K.: To chyba było dla Pana demotywujące.

P.B.: Jasne że było, ale co z tym mogłem zrobić. Zresztą, łatwo teraz mówić, ale gdybym był dużo lepszy to by ta sytuacja nie miała znaczenia, po prostu bym grał. Nie można tylko na to zwalać, jednak człowiek miał trochę trudniej. Musiałem się z tym pogodzić albo odejść.

Ł.K.: I zdecydował się Pan odejść do Olympiakosu Wolos. Skąd pomysł, na transfer do Grecji?

P.B.: Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, to był bardziej pomysł menadżera niż mój. Dzisiaj wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Nie byłoby Górnika czy Grecji. Skąd Olympiakos? To w ogóle była dziwna sytuacja. Miał być inny klub w Grecji, grający w ekstraklasie. Pojechałem, ponoć wszystko było dograne, a dostałem informację że mam wracać do Polski, bo chyba menadżerowie się nie dogadali. Dziwne historie tam się działy. Podpisałem kontrakt z Olympiakosem, wróciłem po rzeczy do Polski i po przyjeździe do Wolos, okazało się że jest tam już inny trener. Usłyszałem od niego, że mnie nie zna i nie będę u niego grał. Podpisałem kontrakt i co miałem zrobić? Przesiedziałem w Grecji kilka miesięcy nie grając. Chyba raz wszedłem na boisko…

Ł.K.: Oficjalnie ma Pan dwa występy w Olympiakosie.

P.B.: Naprawdę? Drugiego nie kojarzę (śmiech).

Ł.K.: Nie był Pan jedynym zawodnikiem z Polski, który trafił do Wolos. Razem z Panem przyszli Emil Nowakowski i Pascal Ekwueme.

P.B.: Pascal też nie grał. Biegaliśmy sobie dookoła boiska. Emil dobrze sobie radził, parę lat tam grał.

Ł.K.: Zaskoczyło mnie to, że w jednym momencie trzech piłkarzy z polskiej ligi trafiło do tego samego klubu.

P.B.: Też mnie to zaskoczyło, ale miałem za to ułatwioną aklimatyzację. Choć z tym i tak był problem, bo trener nie mówił po angielsku, ja po grecku też nie, więc nie porozmawialiśmy dużo. Zresztą, wszystko było zrobione na wariackich papierach, jak to w Grecji.

Ł.K.: I jak to w Grecji bywa, były problemy z wypłatami?

P.B.: Oczywiście! Trzeba było też walczyć, żeby stamtąd się wyrwać. Czasy „mało płatne” to były (śmiech).

Ł.K.: To chyba była dla Pana mocna nauka życia?

P.B.: Słabo to wyglądało. Na szczęście udało się trafić do Austrii, gdzie spotkałem większy profesjonalizm.

Ł.K.: W Lasku Linz, rozegrał Pan dwanaście spotkań.

P.B.: Na początku grałem regularnie w Lasku, jednak pobyt w Grecji zrobił swoje. Po kilku spotkaniach widać było, że mam duże zaległości, z meczu na mecz coraz gorzej wyglądałem. Dlatego też, tylko kilkanaście spotkań rozegrałem. Myślę, że w normalnej dyspozycji mógłbym dużo więcej grać w Austrii.

Ł.K.: Jednak w Linzu miał się Pan od kogo uczyć gry w piłkę. W Lasku grał między innymi Milan Osterc.

P.B.: W tym czasie grał jeszcze lepszy piłkarz – Ivica Vastic. To był bardzo dobry zawodnik, muszę to przyznać. Miał już co prawda około czterdziestu lat, ale grał regularnie. Jeden z lepszych piłkarzy, z którym miałem do czynienia. Nie ukrywam, że zawsze przychodził dużo wcześniej na zajęcia, również zostawał po treningu. Zresztą w Austrii trening to szerokie pojęcie, bo przychodziło się godzinę wcześniej i grało się w „dziadka”, a później zostawało się jeszcze potrenować jeszcze na przykład strzały.

Ł.K.: Trochę inna kultura niż w Polsce.

P.B.: Nie chcę porównywać tego. Na pewno było bardziej profesjonalnie niż w klubach, w których grałem. Nie wiem jak jest przykładowo w Legii, więc nie będę oceniał. Zresztą, są różni trenerzy, jeden może być zadowolony, jeżeli ktoś zostanie po zajęciach, drugi tego zabrania. Są różne szkoły. Osobiście uważam, że takie dodatkowe elementy bardziej pomagają niż szkodzą.

Ł.K.: Po rundzie w Austrii trafił Pan do Świtu. Kolejne twarde zderzenie z rzeczywistością?

P.B.: Nie miałem wielkich sukcesów zagranicą, chciałem wrócić do domu, do Warszawy. Kolega grał w Świcie i zapytał, czy bym chciał im pomóc. Musiałem psychicznie odpocząć. Sam pobyt wspominam dobrze, mimo że spadliśmy z ligi.

Ł.K.: I pojawił się kolejny zaskakujący transfer. Z Nowego Dworu Mazowieckiego do Belgii.

P.B.: Ciężko dostać się ze Świtu do belgijskiej ekstraklasy. Sam się dziwię, jak to było możliwe. Z tego co wiem, w Belgii nie patrzyli na to że gram w Świcie, tylko dostali kasetę z moich testów w Kilmarnock. Po obejrzeniu filmów, dali mi propozycję dwutygodniowych testów w Beveren. Koniec końców podpisałem kontrakt.

Ł.K.: Podpisał Pan kontrakt z Beveren mając dwadzieścia pięć lat, a to był Pana szósty klub i czwarty kraj, w którym Pan grał.

P.B.: Mam wrażenie, że dzisiaj jest to popularne, częste zmienianie klubów, egzotyczne transfery, na przykład do Azji. Te transfery wynikały z różnych rzeczy. W jednym klubie nie płacili, w drugim byłem za słaby, z trzeciego się wypromowałem.

Ł.K.: Szukał Pan swojego piłkarskiego miejsca na ziemi.

P.B.: Dokładnie. Choć sam sobie się nie dziwię. Ekstraklasa belgijska jest silniejsza od polskiej, dobrze płacili. Chyba każdy zdecydowałby się na taki ruch.

Ł.K.: Z Beveren podpisał Pan dwuletnią umowę a spędził Pan tam rok.

P.B.: Rzeczywiście kontrakt był dwuletni, ale po spadku z ligi automatycznie się rozwiązał. Pierwsze pół roku w Belgii grałem regularnie, choć na zmianę – raz z ławki wchodziłem, raz zaczynałem w pierwszym składzie. Rywalizowałem o miejsce składzie między innymi z Gervinho, więc też nie mogłem narzekać. Po pół roku zmienił się trener i zmienił dużo w składzie. Na wiosnę nie zagrałem w żadnym spotkaniu. Najdziwniejsze było to, co się stało po zmianie szkoleniowca. Przed zmianą byliśmy w środku tabeli a ostatnia drużyna miała do nas piętnaście punktów straty. Nowy trener nie wygrał żadnego spotkania przez całą rundę. Ba, wystarczyło wygrać ostatnie spotkanie a i tak byśmy się utrzymali. A przegraliśmy i spadliśmy z ligi, nie rozumiałem o co chodzi. Dziwna sytuacja. A wracając do Gervinho, niesamowita szybkość, drybling jednak wtedy był niedoszlifowany. Wtedy był jeźdźcem bez głowy, potrafił zrobić różnice jak i potrafił nie trafić na pustą bramkę.

Ł.K.: Jednak chyba nie zrobił kariery na miarę swojego potencjału.

P.B.: Ja myślę, że zrobił. Gdyby mu zabrać szybkość to byłby dużo gorszym zawodnikiem. A mimo to, grał w Romie, Arsenalu, więc nie powiedziałbym, że nie zrobił dużej kariery.

Ł.K.: Po przygodzie w Belgii wrócił Pan do Polski. Wylądował Pan w Górniku Łęczna.

P.B.: Transfer do Łęcznej w dużej mierze był podyktowany osobą trenera Chrobaka, który w Polonii mnie wychował. Blisko miałem też do rodziców, co było dla mnie ważne. Później się okazało, że Łęczna to była III liga, bo zostali zdegradowani. Jak przychodziłem sytuacja była inna.

Ł.K.: Został Pan postawiony przed faktem dokonanym.

P.B.: Coś wcześniej mówiono, że możliwa jest degradacja, jednak nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Gdy degradacja stała się faktem, trzeba było się zastanowić czy zostać. Klub był poukładany, plan był na dwa awanse w dwa sezony, więc zostałem w Górniku.

Ł.K.: W Łęcznej spędził Pan dwa lata, następnie trafił Pan do Floty i powrót do ekstraklasy – transfer do Korony Kielce.

P.B.: We Flocie rozegrałem bardzo dobrą rundę. W czternastu spotkaniach strzeliłem siedem bramek i trafiłem do Korony. W Koronie na początku grałem, nawet myślę, że nieźle. Tylko znów zabrakło bramek. A wiadomo jak jest z napastnikiem, który nie strzela bramek. Jak nie wykorzysta kilku sytuacji to się blokuje. Zmienił się trener, przyszedł trener Sasal, zmieniła się filozofia i musiałem odejść na wypożyczenie do GKS-u Katowice. Złapałem tam, pod sam koniec pobytu, kontuzję. Wróciłem do Kielc i tam byłem, z naciskiem na byłem, bo kompletnie nie grałem, skupiałem się na leczeniu. Po rozwiązaniu kontraktu trafiłem do Dolcanu Ząbki. Co prawda się utrzymaliśmy, ale słabiutko wyglądałem. Rok bez gry, grałem na proszkach przeciwbólowych. Ostatnim klubem, w którym grałem był Elbląg.

P.B.: I po przygodzie z Olimpią zakończył Pan karierę. Miał Pan wtedy dopiero dwadzieścia osiem lat.

Ł.K.: Fakt, teoretycznie miałem jeszcze kilka lat grania przed sobą. Wie Pan, grałem w ekstraklasie, w Belgii i trafiłem do słabej Olimpii gdzie grałem słabo. Zacząłem się zastanawiać co zrobić, bo jeżeli tu grałem źle, to gdzie później pójdę? Do trzeciej ligi? Jeżeli tak to za ile? Jeżeli nie było propozycji z innych klubów, w wyższej lidze to stwierdziłem, że i tak trzeba będzie niedługo zacząć coś innego robić. Trochę opadł mi też entuzjazm, bo jak się gra w takich klubach jak Elbląg, gdzie to było tak po prawdzie, wszystko amatorskie, to się odechciewa.

Ł.K.: Była tam „wolna amerykanka”?

P.B.: Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy tak. Jak porównywałem kluby gdzie grałem, Łęczna, Korona, nie mówię już nawet o Lasku czy Beveren, to była przepaść. Trenowało się w swoich rzeczach, organizacyjnie jest słabo, i człowiek tam gra źle, to po co to było ciągnąć?

Ł.K.: Na ile jest prawdy, że w Kaliszu proponowano Panu za grę kiełbasę?

P.B.: Po Elblągu dzwoniły kluby, właśnie typu Kalisza, gdzie nawet nie wiedziałem w jakiej lidze grają. Proponowali jakieś pieniądze, ale fakt, sponsorem była firma wędliniarska i mieliśmy dostawać dodatkowo kiełbasę. Jeżeli już takie propozycje padały, to czas kończyć z piłką i tyle.

Ł.K.: Prowadzi Pan aktualnie szkółkę tenisa dla dzieci

P.B.: Dokładnie, jeszcze prowadzę korty tenisowe. Mam jeszcze firmę, która pomaga w organizacji obozów tenisowych i piłkarskich. W tym roku znów nałapałem kontaktów w piłce.

Ł.K.: Nie myślałem Pan, by po zakończeniu kariery zostać trenerem?

P.B.: Nie, w ogóle o tym nie myślałem. Widzę jak trenerzy pracują z dziećmi i za ile. To nie jest coś, co chciałbym robić.

Ł.K.: Przeczytałem taką wypowiedź o Panu „Gdyby Paweł Buśkiewicz mniej słuchał menedżerów, osiągnąłby więcej”.

P.B.: Myślę, że to prawda. Choć z drugiej strony, mogło to się potoczyć w drugą stronę, gdyż gdyby nie menadżer, to nie grałbym w Belgii. Mój menadżer stworzył mi szansę. Gdybym grał lepiej, to pewnie nie zmieniałbym tak często zespołów. Wszystko na końcu zależy od piłkarza. Można go lepiej lub gorzej pokierować, jednak na końcu, jeżeli piłkarz jest dobry, to da sobie radę wszędzie.

Ł.K.: Widzi Pan u siebie dużo braków. Można tylko pochwalić, za takie podejście.

P.B.: Wie pan, gdybym wtedy miał tę wiedzę, co mam teraz, to dziś grałbym jeszcze w piłkę. Piłkarsko nigdy mi nie brakowało umiejętności. Zabrakło mi zaciętości, podejścia do treningów. Młody człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy. Piłkarze różnią się nie do końca umiejętnościami. Czy młody Lewandowski był dużo lepszy od innych piłkarzy w swoim wieku? Nie, on był dużo lepszy mentalnie, wiedział co chce osiągnąć i do tego dążył. To sprawiło, że osiągnął więcej niż przykładowo Chałaś czy Wiśniewski, z którymi grał w jednym zespole. Tu jest duża różnica, która sprawia, że jeden osiąga więcej w piłce a drugi mniej. Uważam, że tego mi zabrakło na początku mojej kariery.

 

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

Fot. Sławek Ryfczyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.