Patryk Rachwał: „Mogę przynajmniej stanąć przed lustrem i z czystym sumieniem powiedzieć: zrobiłem wszystko, żeby tych spadków nie było”

Od ponad 20 lat Patryk Rachwał występuje na ligowych boiskach. Miał lepsze i zdecydowanie gorsze chwile w swojej karierze. Z wychowankiem Górnika porozmawiałem o szkoleniu w Zabrzu, klubie Kokosa czy też spadkach z lig.

Łukasz Karpiak: Gdy debiutował pan w ekstraklasie w 1998 roku, mistrzostwo zdobywał ŁKS, kadra nie awansowała na Mistrzostwa Świata. Dużo się zmieniło przez dwie dekady pana gry w piłkę nożną.

Patryk Rachwał: Zdecydowanie dużo się zmieniło. Przede wszystkim zmieniła się infrastruktura, to można zauważyć od razu gołym okiem. Mamy piękne stadiony, nie tylko w ekstraklasie, ale i w niższych ligach.

Ł.K.: Poziom piłkarski jednak trochę się zmniejszył. W sezonie, gdy pan debiutował w Górniku, w pomocy drużyny z Zabrza grali Kosowski, Probierz, Dźwigała, Bonk. Debiutować, gdy rywalizowało się z takimi zawodnikami, to musiało być duże wydarzenie dla siedemnastoletniego chłopaka.

P.R.: Oczywiście. Trening z takimi zawodnikami również procentował. Niekiedy, gdy zastanawiam się z kim miałem okazję grać lub przeciwko komu występowałem, to naprawdę miałem kogo podpatrywać. Wtedy nie było systemu Pro Junior czy obowiązku występów młodzieżowca w składzie i trzeba było się samemu przebijać. Piłkarz musiał mieć umiejętności, by występować w pierwszym składzie.

Ł.K.: Trener Żurek miał rękę do młodzieży. Wprowadził dużo młodzieży do seniorskiej piłki, pana też długo przygotowywał do debiutu w pierwszej drużynie.

P.R.: Mieliśmy wtedy w Górniku fajną młodzież, więc trener dawał nam szansę. Z rocznikiem 80 zdobyliśmy Mistrzostwo Polski juniorów, pięciu chłopaków dostało szansę treningów z pierwszą drużyną. Koniec końców, z tego rocznika zagrało tylko dwóch piłkarzy – Michał Wróbel i ja. Nie wszyscy się przebili, jednak Górnik wtedy miał bardzo dobrą młodzież, więc można było z niej korzystać.

Ł.K.: Górnik w latach 90 dał ekstraklasie bardzo dużo piłkarzy.

P.R.: Myślę, że była bardzo dobra selekcja w klubie, stąd pewnie ten sukces we wprowadzaniu młodzieży do pierwszego zespołu. Nie było łatwo dostać się do juniorskich zespołów Górnika. Dodatkowo rywalizowaliśmy z Gwarkiem Zabrze, gdyż tam też było dużo fajnych ludzi do grania. To była podstawa. Nie było tak, że ktoś przyszedł – brzydko mówiąc – z ulicy, chciał zapisać się do Górnika i od razu go brano na treningi. Organizowano testy i dopiero tam wybierano najlepszych chłopców.

Ł.K.: Magia czternastokrotnego Mistrza Polski zapewne też robiła swoje.

P.R.: Jasne! Sam chodziłem na mecze Górnika, gdy miałem pięć lat. Pamiętam czasy, gdy w Zabrzu grał Ryszard Komornicki, Marek Bęben. Pamiętam te nazwiska bardzo dobrze. Od małego jeździło się na ten stadion, więc człowiek chciał grać w Górniku.

Ł.K.: Urodził się pan w Zabrzu, więc raczej naturalne było, że zacznie pan karierę w Górniku.

P.R.: Urodziłem się w Zabrzu, ale rodzice mieszkali w Gliwicach, w Sośnicy. Jest to też trochę taki paradoks, bo to dzielnica Gliwic, w której zdecydowana większość ludzi kibicuje Górnikowi. Wiadomo, że część Gliwic jest za Piastem, jednak Sośnica zawsze kibicowała klubowi z Zabrza.

Ł.K.: Z Górnika trafił Pan do Energie Cottbus. Ciężko znaleźć informację na temat Pana pobytu w Energie…

P.R.: Nie dziwię się (śmiech).

Ł.K.: Znalazłem jedynie kartę kolekcjonerską z pana autografem. Zauważyłem, że każdy zawodnik Energie na zdjęciu wygląda bardzo poważnie, pan jako jedyny z uśmiechem pozuje do zdjęcia. Widać, że dla pana transfer do Niemiec był dużym wyróżnieniem.

P.R.: Dla chłopaka, który w wieku osiemnastu lat trafia do 2 Bundesligi, musiało to być wyróżnienie. Byłem bardzo zadowolony, gdyż testy do klubu sam sobie wywalczyłem. Na obozie pokazałem się z dobrej strony i dzięki mojej pracy trafiłem do Cottbus. Byłem pełen optymizmu, gdy przychodziłem do Energie. To, że nie wyszło to inna sprawa.

Ł.K.: Blisko dwa sezony samych treningów mogło być ciężkie dla młodego piłkarza. Wyciągnął pan z tego okresu jakąś lekcję piłkarską?

P.R.: Oczywiście, nawet nie grając, można się dużo uczyć. W pierwszym sezonie wywalczyliśmy awans do Bundesligi. Nie miałem w tym dużego udziałem, może pięć razy usiadłem na ławce rezerwowych. Wiedziałem, że nie miałem szans na grę, więc poszedłem na wypożyczenie.

Ł.K.: Do Sachen Lipsk. Mimo że była to niższa liga niemiecka, można było tam znaleźć kilka uznanych firm jak Dynamo Drezno czy Carl Zeiss Jenna.

P.R.: W tej lidze, wbrew pozorom, poziom był naprawdę wysoki. Występowało w niej dużo zawodników z występami w Bundeslidze. Przykładowo – obecny trener Zagłębia Sosnowiec, Ivanuaskas, w przeszłości gwiazda Hamburga, też grał w tej lidze. Nie pamiętam już wszystkich nazwisk, ale było tam dużo graczy z przeszłością w Bundeslidze. Dla mnie najważniejsza była gra oraz to, że rozegrałem w Sachen wszystkie mecze. To, że naprzeciwko mnie występowali uznani gracze, to był dodatkowy plus.

Ł.K.: Ta runda była przepustką, by powrócić do ekstraklasy. Trafił pan do Widzewa, który już wtedy był targany problemami. Oferta z Łodzi była jedyną, którą pan dostał?

P.R.: Tak naprawdę nie miałem zamiaru wracać, Sachen bardzo chciało, żebym został. Mimo że grałem w trzeciej lidze, byłem powoływany do kadr juniorskich. Trener Klejndinst powiedział, że jeżeli chcę wrócić, to muszę trafić do klubu, w którym będę grał. Dla mnie też było to ważne dlatego, gdy dostałem ofertę z Widzewa, praktycznie od razu ją przyjąłem. Wiedziałem, że są tam pewne problemy. Zresztą, wydaje mi się, że gdyby nie było problemów, to nikt by nie wziął młodego gościa z trzeciej ligi niemieckiej. Ofertę transferową złożył Andrzej Grajewski i ją przyjąłem. Problemy łodzian najprawdopodobniej sprawiły, że mogłem znów występować w ekstraklasie.

Ł.K.: W Widzewie bardzo pana chwalono po pierwszych spotkaniach. „Przyszedł młody chłopak z trzeciej ligi niemieckiej i imponuje spokojem” – dziwili się kibice. Był nawet pomysł, by ściągnąć więcej piłkarzy, którzy grali na trzecim poziomie rozgrywkowym w Niemczech.

P.R.: (śmiech). Z tego, co pamiętam, to byłem bardzo dobrze przygotowany fizyczne, robiłem tym różnicę. W Niemczech były bardzo mocne treningi. Po pierwszych zajęciach w Łodzi praktycznie nie byłem zmęczony. Dobrze się czułem, widać było, że wszyscy we mnie wierzą, szatnia była w porządku, więc wszystko ze sobą współgrało.

Ł.K.: Czyli już dwadzieścia lat temu był duży przeskok między intensywnością zajęć w Polsce i w Niemczech?

P.R.: Ciężko mi powiedzieć jak jest teraz. W Cottbus trafiłem na trenera kata, który był pod tym względem porównywany z Magathem. To może też jest powód, dlaczego nie przebiłem się w Niemczech. Było takie pół roku, gdy cały czas się leczyłem. Strzelały mi mięśnie, organizm nie był przygotowany do tak ciężkiej pracy. Zawodnicy przychodząc do Energie zawsze na początku mieli problem z adaptacją do zajęć.

Ł.K.: I trafiając do Widzewa zastał pan w klubie trenera Wdowczyka, który też miał „ciężką rękę” na zajęciach.

P.R.: Na początku trafiłem do Marka Kusto. Oczywiście nie mówię, że w Polsce treningi były dużo słabsze. Po prostu tak to odczuwałem.

Ł.K.: Dla pana ten pobyt w Widzewie z jednej strony może być udany, bo grał pan regularnie…

P.R.: Nie do końca, bo wiadomo jak to się wszystko skończyło. Myślę, że drużyna robiła wszystko co mogła, żeby się utrzymać. Przy takich zawirowaniach, które wtedy miały miejsce, ciężko było złapać odpowiedni rytm grania.

Ł.K.: Co pół roku zmieniali się zawodnicy. Zanim przyzwyczaił się pan do nowych kolegów, do klubu przychodziła nowa grupa piłkarzy.

P.R.: Wiadomo, jak to wyglądało organizacyjnie i finansowo. Można powiedzieć, że non-stop była walka o utrzymanie, z sezonu na sezon było coraz ciężej, aż niestety spadliśmy.

Ł.K.: O dziwo w sezonie, gdy Widzew spadał, pan otrzymał powołanie do reprezentacji. Pół żartem — pół serio: reprezentant kraju nie pomógł RTS-owi w utrzymaniu.

P.R.: Szczerze mówią, byłem zaskoczony, gdy otrzymałem powołanie. Tak naprawdę wpływ na to mogły mieć obserwację przez trenerów kadr młodzieżowych, w których regularnie grałem. Dla mnie to była duża satysfakcja, że mogłem wystąpić w reprezentacji.

Ł.K.: W kadrze jednak nie udało się panu zadomowić na stałe.

P.R.: Wiedziałem, że wtedy nie byli powołani w większości podstawowi piłkarze kadry, więc liczyłem się z tym, że później mogę nie otrzymać powołania. Po prostu nie wyszło i tyle. Może miałem tyle umiejętności, by mieć tyle występów w kadrze ile mam.

Ł.K.: Po spadku Widzewa, pojawiały się informacje, że prowadzone były rozmowy z panem w sprawie pozostania w Łodzi. Faktycznie miały one miejsce?

P.R.: Zdecydowanie nie. Zresztą, nie wiadomo było czy klub będzie istniał, nie wiadomo pod jakimi rządami. Co chwilę pojawiały się informację o nowym właścicielu, a nikt nie wiedział, czy klub będzie grał w pierwszej lidze.

Ł.K.: Trzy sezony w Płocku były dla pana najlepsze w karierze?

P.R.: Myślę, że tak. Graliśmy wtedy bardzo dobrze i co widać po nazwiskach, mieliśmy silny skład. Jeżeli chodzi o sukcesy sportowe, to w Płocku zdobyłem Puchar i Superpuchar Polski. Także pod tym względem, zdecydowanie najlepsze sezony w mojej karierze.

Ł.K.: Ma pan nagrany finałowy dwumecz?

P.R.: Nie, muszę poszukać gdzieś w archiwach i zgrać na pamiątkę. (śmiech).

Ł.K.: Na początku kariery można było u pana zauważyć „.trójsezonowość” – Trzy sezony w Niemczech, trzy w Widzewie, trzy w Wiśle Płock, później trzy sezony w Bełchatowie. Z jednej strony nie zmieniał pan często klubów, z drugiej nie zadomowił się pan wtedy w żadnym z klubów.

P.R.: Jeżeli chodzi o odejście z Bełchatowa, to sprawa była prosta – zgłosiła się Polonia, która chciała walczyć o Mistrzostwo Polski. Wiadomo, finanse swoją drogą też były ważne. Odczuwałem duży smutek, gdy odchodziłem z Bełchatowa, jednak pomyślałem, że warto spróbować zagrać w klubie, który chce wygrać ligę. Niestety nie udało się tego dokonać.

Ł.K.: Gdy Jacek Zieliński poinformował Pana o tym, że nie będzie chciał korzystać z pana usług, nie pojawiła się myśl „zostanę i jeszcze powalczę w miejsce w składzie”?

P.R.: Wiadomo, że są trenerzy, którzy mają już wcześniej upatrzonych zawodników, na których chcą stawiać. Trenera Zielińskiego bardzo cenię za to, że powiedział otwarcie, że będę miał mało szans gry i będzie stawiał na kogoś innego. Dodatkowo trener powiedział, że jeżeli znajdę sobie klub, nie będzie mi robił problemów z odejściem. Jak dla mnie, było to podejście bardzo fair, nigdy nie czułem żalu do trenera Zielińskiego. Wiadomo, chęć walki o skład zawsze jest, to nie jest tak, że nie podjąłem rękawic. Walczy się o miejsce w kadrze wtedy, gdy widzisz, że masz na to szansę, ja byłem od początku skreślony.

Ł.K.: Wracając do chęci zdobycia mistrzostwa: widać ją po pana ruchach transferowych. Z Płocka trafił Pan do GKS-u Bełchatów, który sezon wcześniej walczył do ostatnich kolejek o triumf w lidze.

P.R.: Nie podchodzę do tego tak, że szukałem mistrzostwa na siłę. Widocznie tak musiało być, może to jest część planu, który został dla mnie napisany gdzieś na górze. Ja w tamtym momencie myślałem, że to były dobre wyboru i ich nie żałuję. Nawet pobytu w Zagłębiu nie traktuje jako zły wybór, choć wyrzucono mnie do klubu kokosa. Spotkałem tam fajnych ludzi, dobrego trenera. Uważam, że z wszystkiego można wyciągnąć plusy.

Ł.K.: W tym momencie klub kokosa nie funkcjonuje, PZPN stara się bronić piłkarzy przed takimi praktykami. Podczas pobytu w Zagłębiu nie miał Pan takiego wsparcia.

P.R.: Wydaje mi się, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w zakładzie pracy czy w innej instytucji, byłoby wielkie halo. Wtedy nikt się tym nie zajął. Ok, jeżeli dwie strony nie mogą porozumieć się w rozwiązaniu kontraktu lub ktoś zmusza cię do pójścia na wypożyczenie do trzeciej ligi, kiedy wiesz, że nie jest to czas, by grać w tak niskiej lidze, to stosowanie takich metod jest poniżej pasa. Ja też mogłem sobie wymyślać różne rzeczy, pójść na L4, mieć płacone i nikt by z tym nic nie zrobił. Nie chciałem jednak robić czegoś wbrew sobie. Nie odpuściłem ani jednego treningu. Mieliśmy trzy treningi dziennie przez pierwsze dwa miesiące, byłem na każdych zajęciach.

Ł.K.: Odbijało się to na pana nastawieniu do piłki? Pojawiły się chwile zwątpienia?

P.R.: Nie. Powiedziałem sobie, że nie dam nikomu satysfakcji i nie zrezygnuję. Mogliśmy wcześniej się dogadać i nie byłoby takiego problemu. Robiłem to, co do mnie należało. Lubiłem trenować, nadal lubię brać udział w zajęciach i dlaczego miałbym z tego rezygnować?

Ł.K.: Czyli ta niezdrowa motywacja, zamiast pana załamać, dała panu większego kopa do pracy.

P.R.: Dokładnie. Duże uznanie dla trenera Wojno, który prowadził te treningu. Nie był katem, nie zajeżdżał nas, tylko prowadził normalne treningi, odmierzał czas zajęć. Zawsze twierdził, że sytuacja w każdej chwili może się odmienić i możemy trafić z powrotem do pierwszego zespołu. Życzył sobie, żebyśmy byli normalnie przygotowani i traktował nas jak ludzi. To było bardzo fajne. Kompletnie inne podejście niż to, co mieli chłopaki przykładowo w Polonii.

Ł.K.: Szczęście w nieszczęściu, że trafił pan na odpowiedniego trenera, w tym ciężkim czasie.

P.R.: Bardzo to pomogło. Później, brzydko mówiąc, dokooptowali nam dwóch szkoleniowców, bo trener Wojno powiedział, że nie będzie robił więcej niż jedną jednostkę treningową dziennie. Też na nich nie mogę narzekać, bo pracowali z nami na normalnych zasadach.

Ł.K.: W Bełchatowie zna pan każdy zakątek miasta, czy jeszcze nie?

P.R.: (Śmiech). Jeszcze nie. Czuję się tutaj najlepiej, tak samo, jak moja rodzina. Nigdy tego nie ukrywałem, że zawsze mi się dobrze tutaj żyło.

Ł.K.: Dwanaście sezonów w GKS-ie Bełchatów – to bardzo dużo. Często wychowankowie nie mają takiego stażu w klubie.

P.R.: Tutaj nawet na treningach często ustalane są składy gierek: Wychowankowie + „Rambo” na resztę. (śmiech). Traktują mnie jak człowieka stąd i to też jest miłe.

Ł.K.: Widać, że przywiązał się pan do Bełchatowa. Nawet w rozmowach często wypowiada się pan w sposób, który nie pozostawia złudzeń – Bełchatów i GKS jest częścią mnie. Od razu nasuwa się pytanie – planuje pan pracować w GKS-ie po zakończeniu kariery?

P.R.: Jeżeli tylko klub będzie miał ochotę i taką wyrazi chęć, to jak najbardziej. Sam siebie w klubie nie zatrudnię.

Ł.K.: Przez te dwanaście lat w Bełchatowie, który moment najlepiej pan wspomina? Sukcesów medalowych, niestety nie udało się osiągnąć.

P.R.: Powiem inaczej, nie z piłkarskiej strony. Moim największym sukcesem jest to, co przeżyłem za pierwszym razem. Poznałem wtedy wspaniałych ludzi, z większością często rozmawiam. Stanowiliśmy coś więcej niż drużynę. Mamy bardzo fajny kontrakt cały czas. Jeżeli chodzi o sukcesy sportowe, to awans z pierwszej ligi do ekstraklasy, gdzie wróciliśmy po roku banicji. Później wiadomo co się działo. Nie będę ukrywał, bo boli mnie to bardzo, że jesteśmy w miejscu, w którym jesteśmy. Nie będę uciekał od odpowiedzialności, grałem w tych meczach, byłem w tych drużynach, które spadały z ligi. To siedzi we mnie najbardziej. GKS nie zasługuję na grę w drugiej lidze. Zawsze przynajmniej powinno być zaplecze ekstraklasy.

Ł.K.: Zazwyczaj się mówi, że najlepsza atmosfera w zespole jest wtedy, gdy nie ma pieniędzy. Tak było w Widzewie, teraz tak jest w Wiśle. Pan wspomniał, że bardzo dobrze wyglądał GKS pod tym względem właśnie wtedy, gdy w klubie pieniędzy było dużo.

P.R.: Zebrało się ekipa fajnych piłkarzy. Darek Pietrasiak, Łukasz Garguła, Paweł Magdoń, Janusz Dziedzic, Carlos Costly, można byłoby wymieniać i wymieniać. Dużo piłkarzy zresztą osiedliło się na stałe w Bełchatowie, co pokazuje, jak dobrze wtedy wszystko funkcjonowało. Lubiliśmy ze sobą spędzać czas, byliśmy otwarci i dużo ze sobą rozmawialiśmy. Gdy były zbiórki, czy to przed meczami, czy przed treningami, byliśmy czterdzieści pięć minut wcześniej w klubie. Czasami jeszcze wcześniej. Lubiliśmy spędzać czas w klubie, bo to nie była praca, tylko wielka rodzina.

Ł.K.: Wtedy chyba inaczej zawiązywano relacje międzyludzkie. Wojciech Szymanek powiedział mi, że kilka lat temu w szatni nie było tak, że pierwszą rzeczą, którą się robiło, to było wyciągnięcie telefonu komórkowego. Pan w aktualnej szatni GKS-u jest otoczony młodymi piłkarzami. Widać trend „komórkowy” wśród młodzieży?

P.R.: Widać! Pierwsze co się robi, to wyciąga się telefon komórkowy i sprawdza się, co ktoś napisał, przegląda się portale społecznościowe. Kiedyś tego nie było. Po treningu wracałeś do szatni i albo byłeś zadowolony, że wygrałeś gierkę, albo się śmiałeś z siebie, bo przegrałeś. Rozmawiało się dużo więcej na temat treningów, co się wydarzyło na zajęciach. Telefony też wtedy były, jednak nie tak, żeby siedzieć w nich non-stop.

Ł.K.: Ma pan dystans do siebie?

P.R.: Myślę, że mam.

Ł.K.: Jak pan reagował, gdy dziennikarze i kibice wypominali panu spadki z ligi. Pojawiały się teksty: Jeżeli bierzesz do składu Patryka Rachwała…

P.R.: Wiem, czytałem te teksty. Zawsze, ale to zawsze, niezależnie dla kogo grałem, dawałem z siebie 100% i zostawiałem całego siebie na boisku. Czasami zastanawiałem się, czy mogłem dać coś więcej drużynie, zagrać inaczej, wybrać inne rozwiązanie w danej akcji, ale zawsze dawałem z siebie maxa. Nie ukrywam, że zastanawiałem się, o co chodzi z tymi spadkami, może jestem pechowy? Ciężko mi powiedzieć. Mogę przynajmniej stanąć przed lustrem i z czystym sumieniem powiedzieć: zrobiłem wszystko, żeby tych spadków nie było. Pewnie w niektórych klubach było tak, że te spadki były nieuniknione. Częste zmiany, zamieszanie w prowadzeniu zespołów, niepewna przyszłość klubu nie pomagały walczyć skutecznie o ekstraklasowy byt. Nie brałbym na siebie tylko tego spadku, kiedy GKS zdobył 9 punktów w pierwszej rundzie, by w drugiej gonić drużyny, które nam uciekły. Tak naprawdę, zawsze byłem najdłużej w klubie. Piłkarze odchodzili, zmieniały się co chwile osoby, z którymi grałem na boisku. Nie było stabilizacji. Nie ukrywam, że to we mnie siedzi, ale nie mam z tym problemu, bo zrobiłem wszystko co mogłem zrobić, żeby te kluby nie spadały.

Ł.K.: Wspomniał pan o dużych zmianach – takie zaszły ostatnio w Bełchatowie pod względem finansowym, jak i pod względem stawiania na młodzież. To chyba dobra droga dla GKS-u, by powoli budować solidny zespół.

P.R.: Nie chciałbym wchodzić w politykę klubu. Uważam, że w każdym klubie bazą powinna być dobra akademia, tak by młodzież trafiała do pierwszego zespołu. Tak można zapewnić stabilizację finansową klubowi. Oczywiście jest to inwestycja, ale później klub z tego korzysta – ma piłkarzy i pieniądze, ze sprzedaży zawodników. Z drugiej strony, czy GKS kogoś sprzedał ostatnio i na nim zarobił? Ciężko mi na to powiedzieć, raczej nie. To pytanie do włodarzy klubu, jaką drogą obiorą.

Ł.K.: Wczoraj był pan na szkoleniu. Jak rozumiem, myśli pan już o tym, co zrobić po zakończeniu kariery?

P.R.: Wczoraj byłem na szkoleniu Gerbera. Mam Uefa A, prowadzimy akademię „Gerber Coaching”. Podoba mi się ta metoda szkoleniowa, więc staram się jak najwięcej teraz uczyć. Jest to jedno z narzędzi, nie trzeba się tylko na tej metodzie zamknąć. Skończyłem też szkołę dla wybitnych piłkarzy. Nie ukrywam, że chciałbym po karierze zostać przy piłce i dzielić się swoim doświadczeniem z młodymi piłkarzami. Sport to całe moje życie.

Ł.K.: Po tylu latach spędzonych w Bełchatowie – jest pan bardziej kibicem Górnika czy GKS-u?

P.R.: Zawsze kibicuje tym klubom, w których grałem. Mam sentyment do każdego zespołu, nawet do Zagłębia, gdzie potraktowano mnie tak, a nie inaczej. Mogę tam zawsze pojechać, przywitać się z ludźmi, którzy tam pracują, nie mam z tym problemu. Nie ma co ukrywać – najbliżej mojemu sercu jest GKS i to jest sprawa oczywista. Po tylu latach spędzonych w Bełchatowie nie wstydzę się tego powiedzieć.

 

Łukasz Karpiak

 

fot.:Foto: Mateusz Trzuskowski / Cyfrasport, przeglądsportowy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.