„Nauczyłem się, że trzeba doceniać to, co się ma, a nie narzekać na wszystko” Rozmowa z Danielem Kajzerem

Gdy myśli się o naszych rodakach występujących w Bułgarii, automatycznie do głowy przychodzi Jakub Świerczok i Jacek Góralski. Jednak jest tam trzeci Polak, który zdążył już zdobyć Superpuchar Bułgarii. Porozmawiałem z Jakubem Kajzerem na temat jego kariery.

Łukasz Karpiak: Pochodzisz z Tarnowskich Gór. Będąc młodym piłkarzem, trafiłeś do Slavii Ruda Śląska. Sama Ruda Śląska jest podzielona przez dwa kluby: Ruch i Górnik. Patrząc na twoje zdjęcia, było Ci bliżej na Roosevelta.

Daniel Kajzer: Urodziłem się w Tarnowskich Górach, później rodzice przeprowadzili się do Rudy Śląskiej. Pierwsze swoje kroki w piłce, faktycznie stawiałem na Slavii. Tata i dziadek szli w kierunku Górnika, to ja też pociągnąłem to dalej (śmiech). Fakt, Ruda Śląska jest podzielona na dwa kluby, niestety.

Ł.K.: Z racji sympatii do Górnika, zdarzało Ci się mieć kłopoty w Rudzie Śląskiej?

D.K: Jestem z osiedla, gdzie więcej chłopaków jeździ na Ruch, ale nie miałem problemów. Wychowywałem się z nimi, od dziecka się znaliśmy, więc było spokojnie. Zresztą, na Rudzie różnie bywa, jednak moja okolica jest spokojniejsza. Nie było ekscesów kibicowskich.

Ł.K.: W Zabrzu bardzo płynnie przechodziłeś przez kolejne roczniki juniorskie. Miałeś pecha, że o miejsce w składzie musiałeś rywalizować z Kudłą i Skorupskim.

D.K.: Z Dawidem rywalizowaliśmy w jednym roczniku. Trener rozgrywał to wobec nas uczciwie, graliśmy na zmianę po jednym meczu. W juniorach takie rozwiązania nie tworzą problemu dla drużyny. Przez kilka lat graliśmy mecz za mecz. Po przejściu do seniorskiej piłki, Skorupski odskoczył od nas. O jego talencie mówiono zresztą wcześniej. Był powoływany do reprezentacji Polski, pojawiało się zainteresowanie zagranicznych klubów. Dostał też swoją szansę w Górniku, w przeciwieństwie do mnie i Dawida Kudły. Było- minęło, nie ma co do tego wracać.

Ł.K.: Powiedziałeś w jednej ze swoich rozmów, że nie czułeś się gorszy od Dawida oraz Łukasza.

D.K.: W wieku juniorów czy też trampkarzy, nie było widać tej różnicy. Wiesz, młodzi bramkarze, mający szesnaście lat, myślą że są już na poziomie ekstraklasy. Niestety, treningi z seniorami szybko to weryfikują. Łukasz szybciej dojrzał jako bramkarz i pokazał swój talent.

Ł.K.: Nie poddałeś się i walczyłeś o miejsce w składzie Górnika. Nie przyszło zwątpienie w pewnej chwili?

D.K.: Gdyby nasz rocznik był w Górniku w dzisiejszych czasach, biorąc pod uwagę jak się patrzy teraz na młodych piłkarzy, mówię Ci z ręką na sercu, dziewięciu, dziesięciu chłopaków by dostało szansę gry. Osiągaliśmy sukcesy w piłce juniorskiej, a nie byliśmy brani pod uwagę pod kątem pierwszego zespołu. Nie dostawaliśmy możliwości gry, wszystkie problemy się nawarstwiały. W międzyczasie pisaliśmy maturę. Zrezygnowaliśmy w pewnym momencie z wyjazdu na obóz z pierwszą drużyną. Przez to musieliśmy szukać możliwości gry w seniorskiej piłce gdzieś indziej.

Ł.K.: Klubu długo nie szukałeś, bo szybko trafiłeś do Rybnika.

D.K.: W pierwszym sezonie zrobiliśmy awans do pierwszej ligi i w niej również trochę pograłem. W pewnym momencie jednak musiałem usiąść na ławce. Zmienił się trener, nie był przekonany do mnie, chciał bardziej doświadczonego bramkarza. Wziąłem to na klatę i dużo ciężej pracowałem.

Ł.K.: Jednak w Rybniku spędziłeś pięć lat. Nie zasiedziałeś się tam?

D.K.: Dużo osób mówi, że spędziłem tam o dwa lata za długo. Gdybym jednak szybciej odszedł, nie miałbym możliwości poznać trenera Pawłowskiego. Dołożył on największą cegłę w moim rozwoju piłkarskim. Zawsze to będę powtarzał. Może nie byłbym w miejscu, w którym jestem teraz.

Ł.K.: Trafił do Ciebie w sferze mentalnej?

D.K.: Dotarł do mnie. Musiałem wszystko poukładać sobie w głowie, ustabilizować formę, a on wiedział jak do mnie przemówić. Miał indywidualne podejście do każdego zawodnika.

Ł.K: Dzięki temu pomagałeś młodzieży w Rybniku?

D.K: Trener Pawłowski od razu pokazał nam, jak chce, aby wyglądała nasza współpraca. Było dwóch bramkarzy z pierwszego składu i kilku z juniorów i trampkarzy. Mieliśmy ich wprowadzać i uczyć piłki seniorskiej. Dla tych chłopaków to był ogromny bonus. Szkoleniowiec nakierował mnie na taki styl pracy i to też zaowocowało w mojej karierze. Kontakt z chłopakami nadal mam, niektórzy bronią, inni nie. Na pewno było to dla mnie ciekawe doświadczenie.

Ł.K.: Wyjazd na testy do Hamiltonu, był chyba zaskoczeniem dla Ciebie.

D.K.: Jasne. Zwłaszcza, że sami mnie znaleźli i odezwali się do mnie. Pojechałem tam na tydzień, jednak nie przekonałem do siebie trenera. Dodatkowo miałem rok ważnego kontraktu, prezes chciał za mnie jakąś opłatę. Nie mówię, że to były ogromne pieniądze, jednak ten klub, w którym byłem na testach, nie chciał płacić ani za mnie, ani za innych zawodników. Uważam, że ten wyjazd dużo mi dał, bo zetknąłem się z inną piłką niż tą, którą obserwowałem na co dzień.

Ł.K: „Kop motywacyjny” musiał być duży.

D.K.: Ogromny! Jeśli jesteś w polskiej trzeciej lidze, a dzwoni do ciebie klub z ekstraklasy szkockiej, to ciężko nie być zmotywowanym do dalszej pracy. Zresztą, sam wyjazd dużo mi dał. Niby tylko tydzień, jednak było to bardzo pozytywne doświadczenie.

Ł.K.: Później wyjechałeś na kolejne testy, tym razem do Płodiwu.

D.K.: To wydarzyło się zimą. Podczas wysyłania życzeń świątecznych, zadzwonił mój bliski kolega, Adam Stachowiak, poznaliśmy się w Górniku. Adam w Botewie to taka żywa legenda, był uwielbiany przez kibiców. Zdziwił się, że jestem cały czas w trzeciej lidze i zaproponował mi, żebym tam pojechał na testy.

Ł.K.: Uprzedziłeś mnie trochę z pytaniem, bo miałem zapytać jak Bułgarzy znaleźli Cię w Rybniku.

D.K.: Adam tylko powiedział, żebym pojechał na testy, nie było innego załatwiania. Miałem pokazać to, co potrafię. Widocznie pokazałem się z dobrej strony, bo w końcu tu trafiłem.

Ł.K.: Tylko musiałeś czekać pół roku, bo miałeś ważny kontrakt z klubem.

D.K.: Po czterech dniach dostałem propozycję, by podpisać umowę. Nie będę tego ukrywać, bo tak to funkcjonuje. Botew ściąga do siebie zawodników bez kontraktu i potem ich sprzedaje. Ja miałem jeszcze pół roku ważnej umowy, graliśmy o utrzymanie, więc trener Piekarczyk nie chciał się mnie pozbywać. Zażądano za mnie niedużą kwotę, jak na dzisiejsze realia, jednak Botew nie chciał za mnie zapłacić i nie udało się odejść zimą.

Ł.K.: Pomyślałeś, że nie uda Ci się odejść z Rybnika?

D.K.: Śmieliśmy się z trenerem Pawłowskim, że daję sobie dwa lata. Jeśli nigdzie wyżej nie pójdę to idę na kopalnię. Trochę mnie to męczyło, bo wiem na co mnie stać. Bolało mnie to, że nie mogę się przebić. Choć takich chłopaków, którzy z tym mają problem jest mnóstwo w drugiej i trzeciej lidze.

Ł.K.: Cała karierę spędziłeś na Śląsku. Ciężko było się przestawić na nową kulturę, język?

D.K.: Początek był ciężki. Byłem tam sam, bez narzeczonej, bez rodziny, a w Rybniku wszystkich miałem obok siebie. W ROW-ie grałem pięć lat, mam tam bardzo dobrych przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakt do teraz. Dopiero, kiedy narzeczona do mnie przyjechała, to poszło z górki.

Ł.K.: Na początku Skype i spacery do sklepu z rozmówkami polsko-bułgarskimi?

D.K.: Może nie aż tak, bo mieszkałem na bazie i miałem wszystko podstawione. Poziom piłki był wyższy. Pierwsze treningi były tragiczne. Nic mi nie wychodziło, myślałem, że nie potrafię bronić. Po miesiącu, powoli wszystko zaczęło się stabilizować, wróciła również forma.

Ł.K.: Przechodząc do Bułgarii stawiałeś sobie za cel: dwa lata i odchodzę gdzieś wyżej?

D.K.: Nie obiecywałem sobie nic. Byłem szczęśliwy, że dostałem szansę. Cel był taki, żeby zostać pierwszym bramkarzem. Na początku było ciężko, dobrze bronił podstawowy bramkarz, wyniki były na dobrym poziomie. Nie poddawałem się, bo doceniałem to, gdzie jestem. Dziwnie brzmi transfer z trzeciego poziomu rozgrywkowego do ekstraklasy bułgarskiej, ale mi się udało.

Ł.K.: Mówisz o ogromnej różnicy. Bułgarska ekstraklasa bardzo różni się od drugiej czy pierwszej ligi.

D.K.: Powiem tak: nigdy nie grałem w ekstraklasie, więc do niej ciężko mi porównywać ligę bułgarską. Z drugiej strony mogę podać przykład Łudogorca, który siódmy raz z rzędu wygrał rozgrywki i co roku gra albo w Lidze Mistrzów lub w fazie pucharowej Ligi Europy. Poziom tutaj nie jest tak niski, jak ludziom się wydaję. Myślę, że TOP 5 bułgarskiej ekstraklasy poradziło by sobie na spokojnie w Polsce.

Ł.K.: Z Łudogorcem masz jednak dobre wspomnienia. Debiut i zwycięstwo w Superpucharze. Dodatkowo sam występ był bardzo efektowny.

D.K.: Ten mecz dużo mi dał, bo przełamał lody w szatni i z kibicami. Dostałem bardzo dużego kopa.

Ł.K.: Po spotkaniu rozmawiałeś z Jackiem Góralskim o tym, jak się przystosować do życia w Bułgarii?

D.K.: Chwilę porozmawialiśmy, zbytnio się nie rozwodziliśmy nad tą sprawą. Bardzo dobrze żyję się w Bułgarii, język dla Polaków też jest łatwy. Płodiw jest bardzo ładnym miastem. Wiadomo, nie jest tak bogate, jak Kraków czy Warszawa, ale jest klimatyczne.

Ł.K.: W lidze zagrałeś w jedenastu spotkaniach.

D.K. Swoje wyczekałem i dostałem szansę. Dobrze wyglądałem w zimowych sparingach, w rundzie rewanżowej prezentowaliśmy się słabiej i trener postawił na mnie. Trochę punktów ze mną w bramce zrobiliśmy, więc szkoleniowiec raczej nie żałuje swojej decyzji.

Ł.K.: Kontrakt masz do końca przyszłego sezonu. Cel na zbliżające się rozgrywki to wywalczenie sobie na stałe podstawowego składu?

D.K.: Zawsze chcę być pierwszym bramkarzem. Chcę bronić na dobrym, równym poziomie i czasami, jak mówił trener Pawłowski, dać coś od siebie, jakieś fajerwerki typu obroniona dobitka czy sam na sam w ostatnich minutach meczu.

Ł.K.: Co do fajerwerków, to w Rybniku często eksplodowałeś po udanych interwencjach, byłeś bardzo ekspresywny. Teraz chyba już się wyciszyłeś, bo bardzo spokojnie zachowujesz się w bramce.

D.K.: W Rybniku to był mój znak rozpoznawczy. W Bułgarii staram się wprowadzić spokój. Dobrze mi z tym. Wiadomo, bramkarz musi być trochę szurnięty, ale to opanowanie jest ważne.

Ł.K.: Może ten wyjazd do Bułgarii sprawił, że stwierdziłeś: „Dobra, koniec szaleństw, mam szansę się pokazać, więc trzeba się skupić na swojej robocie”.

D.K.: Wiadomo. Moim celem jest iść gdzieś wyżej. Tak jak Ci mówiłem, wiem co potrafię, udowodniłem to swoimi ostatnimi spotkaniami. Muszę ustabilizować swoją pozycję w klubie, wywalczyć tę bluzę z numerem jeden i zobaczymy co będzie dalej.

Ł.K.: Jednak twoje dobre spotkania jakoś przeszły bez echa w Polsce.

D.K.: Już mnie to nie rusza. Jak ktoś chce mnie obejrzeć, to włączy telewizję czy przyjedzie do Bułgarii. Nie chcę robić wokół siebie sztucznego szumu. Nie rusza mnie to.

Ł.K.: Bardzo zmieniłeś swoje podejście, bo w jednym z wywiadów stwierdziłeś, że denerwuje Cię to, że jesteś niezauważany.

D.K.: Pamiętam ten wywiad. Byłem mniej doświadczony. Życie też mnie dużo nauczyło, zmieniłem całkowicie swoje podejście do zawodu, do wypowiedzi, których udzielam mediom.

Ł.K.: I chyba nauczyło cię też pokory, z tego co słyszę.

D.K.: Zdecydowanie. Nauczyłem się, że trzeba doceniać to, co się ma, a nie narzekać na wszystko. Jeśli doceniasz swoją pracę, praca doceni ciebie. Nieważne czy teraz czy za kilka lat. To wróci do ciebie.

Ł.K.: Patrząc na ostatnie zainteresowanie Góralskim, to nie jest tak, że z Bułgarii możesz szybciej wyjechać na zachód niż z Polski?

D.K.: Z Bułgarii łatwiej niż z Polski trafić do dobrego klubu. Liga bułgarska jest bacznie obserwowana przez scoutów. Nawet od nas z Botewu był transfer do Niemiec za kilka milionów euro. Ludzie naprawdę z mocnych klubów obserwują tę ligę, bo poziom jest bardzo dobry. Według mnie ekstraklasa jest po prostu lepiej opakowana, jest cały czas szum wokół niej. Relacje telewizyjne i stadiony też są na najwyższym poziomie. W Bułgarii te obiekty, są jakie są. Dawno rozpoczęły się rozbudowy stadionów i jeszcze się nie skończyły. Może dlatego ludzie myślą, że poziom tutaj jest słaby albo liga jest zaściankowa. To nieprawda, choć oczywiście to tylko moje zdanie.

Ł.K.: Który zawodnik z Botewu zrobił na tobie największe wrażenie?

D.K.: Todor Nedelev. Wychowanek Botewu, który był sprzedany do Niemiec. Albo do Koln albo do Mainz za kilka milionów euro.

Ł.K.: Do Mainz.

D.K.: Gość jest z innej bajki. Lewą nogę ma tak ułożoną, że ciężko to opisać. Musiałbyś zobaczyć to na żywo lub podczas jakiejś transmisji. Mega kozak.

Ł.K: W Polsce by sobie poradził?

D.K.: Spokojnie. Było zainteresowanie z polskiej ekstraklasy, jednak ten kierunek go nie interesuje. Było zapytanie z Łudogorca, ale dla niego liczy się tylko Botew, jest w tym klubie zakochany.

Ł.K.: W Polsce jesteś do jedenastego czerwca. Następnie wyjazd na obóz czy treningi w klubie?

D.K.: Dwunastego zaczynamy dwutygodniowy obóz w miejscowości Welingrad. To będzie typowa praca fizyczna. Później wracamy do Płodiw i będziemy trenować na miejscu.

Ł.K.: Macie już postawiony cel na nowy sezon?

D.K.: Liczyliśmy w tym sezonie na awans do Ligi Europy, więc to i dojście do finału Pucharu Bułgarii będzie celem.

Ł.K.: Dzięki za rozmowę.

D.K.: Dzięki, tobie też!.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

FOT: gol24.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.