„Myślę, że gdyby nie rodzina, trudno byłoby mi to przetrwać.” Rozmowa z Radosławem Gilewiczem

Były piłkarz Ruchu Chorzów i Austrii Wiedeń. Piłkarz roku w Austrii, kilkukrotny mistrz tego kraju. O swojej karierze, błędnych decyzjach transferowych młodych zawodników i wielu innych sprawach rozmawiałem z Radosławem Gilewiczem.

Łukasz Karpiak: Aktualnie jest Pan ekspertem TVP oraz Eurosportu. Często kontaktują się z Panem media, prosząc o opinie. Można pomyśleć, że został Pan doceniony dopiero po karierze piłkarskiej. W trakcie gry w piłkę, zdecydowanie rzadziej o Panu pamiętano.

Radosław Gilewicz: Nigdy w takich kategoriach nie patrzyłem na moją osobę. Wiadomo też, że w innych czasach grałem w piłkę, było mniej przekazu ze strony mediów. Dziś piłkarze są kompletnie inaczej odbierani. Wchodzi się bardzo daleko w prywatne życie zawodników. Zdarza się, że piłkarze sami zapraszają do swoich domów dziennikarzy. Jeżeli chodzi o moje życie po zakończeniu kariery, to idzie się tam, gdzie cię chcą. Cieszę się, że są osoby, które chcą ode mnie uzyskać opinię, informację. Na ten moment spełniam się w tym.

Ł.K.: Patrząc na Pana karierę, można powiedzieć, że mądrze ją Pan prowadził. Z Tychów do Chorzowa, następnie St.Gallen i Stuttgart. Taki był plan na swój rozwój piłkarski czy po prostu innych ofert nie było?

R.G.: Nic nie planowałem. Prawda jest taka, że tak jak wcześniej powiedziałem, idziesz tam gdzie cię chcą. Kiedy wyjeżdżałem z kraju, Olimpijczycy wracali ze srebrnym medalem na piersiach, więc nie do końca wierzyłem, że po roku gry w ekstraklasie wyjadę na zachód. Jako młody chłopak miałem bardzo dobry sezon w ekstraklasie: 31 spotkań i 15 bramek. Gdyby to przenieść w dzisiejsze czasy na chłopaka dwudziestodwuletniego, to trochę bym kosztował. Czasy się zmieniły. Przyszła wtedy taka, a nie inna oferta i ją zaakceptowałem. Wydawało mi się, że to jest odpowiedni krok. Kolejny element, który też decydował o poruszaniu się na rynku międzynarodowym, był taki, że kluby mogły mieć maksymalnie trzech obcokrajowców w składzie. Dla mnie wyjazd do Szwajcarii to było dobre przetarcie, dzisiaj piłkarze trafiają od razu do lepszych lig i szybko z nich spadają.

Ł.K. Na przykład Mariusz Stępiński jako bardzo młody chłopak wyjechał do Niemiec i niestety tam się odbił od ściany. Musiał wracać do Polski i znów budować swoją pozycję. Z drugiej strony Pan rzadko siedział na ławce rezerwowych.

R.G.: To było najważniejsze. Przeskok z polskiej ligi do szwajcarskiej był brutalny. Ciężki okres dla mnie, miałem bardzo wymagającego trenera. Często Paweł Kryszałowicz wspominał Felixa Magatha, ale Uwe Apolder nie ustępował mu pod względem ciężkich treningów. To była szkoła życia. Myślę, że gdyby nie rodzina, trudno byłoby mi to przetrwać. Dałem jednak radę i w późniejszym etapie kariery ciężko było mnie czymś zaskoczyć. Te treningi były na tyle mocne, że już później, na etapie kolejnych trenerów, jak choćby Christoph Daum, ciężkie zajęcia nie robiły na mnie większego wrażenia.

Ł.K.: Tęsknota za rodziną sprawiała, że chciał Pan wrócić do Polski?

R.G.: Tęsknota nie. Najważniejszy był okres adaptacji. Czasy się zmieniają, jednak okres przystosowania zazwyczaj się nie zmienia. Każdy musi dostosować się do tego czasu, gdy nie zna się języka, poznaje kulturę, kolegów z drużyny. To był ciężki czas, dlatego pojawiały się takie myśli, jednak nie było tej decyzji o powrocie. Myślałem: „Kurde, co ja tu robię. Jest ciężko”, ale miałem wsparcie żony, rodziny i to było dla mnie najważniejsze.

Ł.K.: Transfer do Stuttgartu to zapłata za cierpliwość w Szwajcarii? Trafił Pan do bardzo silnego zespołu.

R.G.: To była drużyna naszpikowana gwiazdami takimi jak Bałakov czy Elber. Jeżeli chodzi o życie pozaboiskowe, to ten skład tworzył mieszkankę wybuchową. Na boisku widać było bardzo dużą jakość piłkarską. Do tej pory wszyscy jesteśmy w znakomitych relacjach. Ostatnio spotkaliśmy się przy okazji dwudziestolecia zdobycia Pucharu Niemiec. To jest najpiękniejsze, bo szacunek między nami został do dzisiaj. Tego nie da się kupić i naprawdę się cieszę, że byłem częścią tej drużyny.

Ł.K.: Nikt panu nie zarzuci, że nie miał Pan wkładu w zdobycie Pucharu Niemiec. Nawet w finale wszedł Pan na boisko, zmieniając swojego kolegę, Freddiego Bobicia.

R.G.: Pamiętam, że wtedy była olbrzymia rywalizacja, nawet na ławce. Każdy chciał wejść i posmakować gry w finale. Zagraliśmy wtedy bardzo dobre spotkanie. Byłem bardzo wdzięczny trenerowi, że dał mi szansę zagrać. Miałem też kilka kontaktów z piłką, co było najważniejsze.

Ł.K.: Następnie trafił Pan do Karlsruher, by koniec końców znaleźć się w Austrii, w której świętował Pan największe triumfy drużynowe i indywidualne.

R.G.: Trzeba zacząć od tego, że do Austrii przychodziłem jako piłkarz po przejściach. Mimo posiadania dobrej drużyny, spadliśmy z Karlsruher z ligi. Do tego połączyło się kilka różnych, złych sytuacji: zawał serca u taty, śmierć wujka. Zastanawiałem się, czy to już nie czas, by powrócić do Polski. Także w Austrii startowałem z innego pułapu. Musiałem ciężko pracować, bo zaczynałem praktycznie od zera. Przyjechałem do nowego kraju i musiałem budować od nowa swoją pozycję w klubie. Na szczęście, procentował czas spędzony w Szwajcarii i Niemczech. Znakomicie wkomponowałem się w realia austriackie. I mimo, że liga była bardzo siłowa, trudna do grania dla ofensywnych piłkarzy, to uważam, że od początku wyglądałem obiecująco.

Ł.K.: W Austrii strzelał Pan bramki na zawołanie, w Tirolu osiągnął Pan średnią pół bramki na mecz, jednak nie dostał Pan prawdziwej szansy w reprezentacji, choć nie mieliśmy nadmiaru dobrych napastników.

R.G.: Dobrych napastników było kilku w moich czasach. Juskowiak, Wichniarek czy Trzeciak. Łącznie, z nazwiskami, których nie wymieniłem, było sześciu zawodników, którzy strzelali dużo bramek. Nie wyszło mi w kadrze i taka jest prawda. Po fakcie łatwo jest oceniać, jednak też nie będę szukał wymówek. Zostanę zapamiętany, przez tę nieszczęśliwą sytuację z Anglią, zresztą kibice mi ją cały czas wypominają. Gdybym ją wykorzystał, może wszystko potoczyłoby się inaczej, jednak to jest tylko gdybanie. Mi po tym spotkaniu zostało w głowie jedno: przyćmiłem wszystkich piłkarzy będących wtedy na boisku. Komentujący to spotkanie trener Wdowczyk powiedział, że narodził się „Polski Owen” i to było fajne. Nie strzeliłem w tej sytuacji, trudno, nie ja pierwszy nie ostatni. Szukam winy u siebie, jednak myślę że nie wykorzystano mojego potencjału. Ci trenerzy, którzy mnie znali wiedzieli, że ze mną trzeba inaczej pracować.

Ł.K.: Liga austriacka była chyba lekceważona w tamtych czasach, choć gdy przychodził do niej na przykład Sebastian Mila, to odbijał się od ściany. Mam wrażenie, że jesteśmy przekonani o sile naszej ligi, jednak zapominamy, jak często jej poziom był już weryfikowany w Europie.

R.G.: Zgodzę się w stu procentach. Taka jest prawda o naszej ekstraklasie, ta weryfikacja trwa od dwudziestu lat. Nasza liga jest pokazywana w bardzo profesjonalny sposób, jakiś progres piłkarski też jest, ale ogólnie Europa bardzo szybko weryfikuje nasze kluby. Jeżeli przez dwadzieścia lat, nie było nas w Lidze Mistrzów, sporadycznie jesteśmy w fazie grupowej Ligi Europy, to też o czymś świadczy. W międzyczasie, liga austriacka miała sporo klubów w Champions League, regularnie ich kluby były w Lidze Europy. Szukamy cały czas słabości w innych ligach, a na ekstraklasę patrzymy w superlatywach. Polscy piłkarze, jak i obcokrajowcy, którzy do nas trafiają, wyjeżdżają na zachód i po krótkim epizodzie wracają do naszej ligi. Świadczy to też o tym, że u nas jest „najlepiej”. Duże pieniądze, małe wymagania i to jest jeden z problemów.

Ł.K.: Problemem nie jest też jakość treningów? W momencie wyjazdu piłkarza z naszej ligi za granicę, pewnikiem wydaje się stwierdzenie: „nigdy tak ciężko nie trenowałem”.

R.G.: Sama intensywność, jak i świadomość zmienia się u nas na lepsze. Oczywiście są jeszcze piłkarze, którzy nie wyjadą, nie sprawdzą, jak ciężko jest zagranicą i mają przekonanie, że trenuje się tyle, ile trener każe. Chyba, że szkoleniowiec nie patrzy, to trenuje na osiemdziesiąt procent. Wydaje mi się, że świadomość, zwłaszcza tych młodszych piłkarzy, jest już inna. Widzą w piłce szansę na inne życie i w młodym wieku chcą wyjeżdżać i szukać szczęścia w mocniejszych ligach. Nie wszystkim to się udaje. Fakt jest taki, że słyszy się, iż piłkarze odczuwają różnicę w intensywności zajęć podczas ćwiczeń nad taktyką. Z jednej strony, może faktycznie takie elementy są zaniedbane, z drugiej byłoby nie w porządku, gdybym powiedział, że wszyscy nasi trenerzy są słabi. Każdy musi szukać u siebie winy.

Ł.K.: Młodzi piłkarze, zamiast myśleć o systematycznym rozwoju, łapią pierwszą dobrą ofertę finansową? Przykład Bartka Kapustki jest chyba idealny.

R.G.: Ja zadam pytanie. Kto mu doradza? Dziś jest mnóstwo menedżerów, więc kto mu doradził, by po niepełnym sezonie w Cracovii, podpisać kontrakt z Leicester? Wiem, że mógł się zachłysnąć sumami wpisanymi w umowie. Jednak jeden błąd można popełnić. Kolejne pytanie jest takie: jak można sądzić, że idąc z ligi angielskiej do Bundesligi, młody piłkarz sobie poradzi, mimo że w Anglii nie dawał sobie rady? Byłem jedną z pierwszych osób, która powiedziała, że nie widzi plusów w tym transferze. Bundesliga jest tak samo wymagająca, jak liga angielska. Intensywność może jest troszkę mniejsza, z tym się zgodzę, jednak reszta jest na bardzo wysokim poziomie. Dlatego zderzenie Kapustki z Bundesligą kompletnie mnie nie dziwi. Nawet jeżeli piłkarz zachłyśnie się bogactwem, to jest wokół niego sporo osób, które mogłyby mu lepiej doradzić. Mateusz Klich jest chyba kolejnym takim piłkarzem. Piłkarz z dużym potencjałem, a wszędzie się ślizga, chociaż powinien grać regularnie w piłkę. Przechodzi z kraju do kraju. Niemcy-Holandia, Holandia-Niemcy, Niemcy-Holandia, Holandia-Anglia, Anglia-Holandia. Gdyby pan się mnie teraz zapytał gdzie jest, chyba bym nie odpowiedział.

Ł.K.: Ostatni sezon spędził w Holandii. Ale faktycznie, po jednym dobrym sezonie w Niderlandach, odchodzi do silniejszej ligi i po sezonie wraca na tarczy.

R.G.: O tym mówię. Jednak to już indywidualna sprawa piłkarza, w jaki sposób kieruje swoją karierą.

Ł.K.: Pan odrzucił dobrą ofertę, ponieważ grając w Austrii Wiedeń, była możliwość odejścia do Fiorentiny. Jednak w Pana przypadku, zaważyły kwestie rodzinne.

R.G.: Nigdy tego nie ukrywałem. Rzeczywiście, rozegrałem cztery fantastyczne mecze z Fiorentiną, bardzo dużo o mnie się mówiło wtedy. Wiem, że to zabrzmi śmiesznie, ale wiedziałem jakie mam wsparcie w rodzinie, dzieci już chodziły do szkoły. To nie są łatwe decyzje. Kibic powie „jedź i graj, bo może się to nie powtórzyć”. Zgadza się, ale dla mnie najważniejsze były wartości rodzinne. Bardzo dobrze czuliśmy się w Austrii, dlatego też taka, a nie inna decyzja. Nie wchodziło w rachubę, bym jechał sam.

Ł.K.: Nadal nie ogląda Pan ekstraklasy?

R.G.: Od kiedy jestem ekspertem w Eurosporcie, czyli od około roku, jestem na bieżąco. Muszę być dobrze przygotowany, bo dziś każdy licealista, gimnazjalista wypomni ci najmniejszy błąd. Wszyscy bardzo dobrze się znają, operują nazwiskami i statystykami, więc jako ekspert nie możesz pozwolić sobie na jakąś wpadkę, więc dużo spotkań muszę oglądać.

Ł.K.: Dobrze wyczułem w głosie, że bardziej z przymusu niż dla przyjemności?

R.G.: (Śmiech) Jest to moja praca, więc nie mogę powiedzieć publicznie, że gardzę naszą ekstraklasą. Absolutnie nie, byłoby to nie w porządku z mojej strony, gdybym tylko krytykował, bo są mecze dobre i złe. Oczywiście widzę bardzo dużo mankamentów, staram się o nich mówić, jednak nie piętnuje indywidualnie czy nie krytykuje w brutalny sposób. Najłatwiej jest krytykować, będąc przed mikrofonem, zaatakować piłkarzy, będąc ekspertem. Balans musi zostać zachowany. Jako były piłkarz wiem, co zawodnik w danej chwili czuje, dlaczego podejmuje taką, a nie inną decyzję. To wyczucie musi być na wysokim poziomie. Mam szacunek do polskich piłkarzy i nigdy nie będę mówił o nich z pogardą.

Ł.K.: Jednak piłkarze, którzy odchodzą do innych lig, często są zastępowani przez kogoś o dużo niższej jakości. Kluby zamiast szukać wzmocnień w niższych ligach czy wprowadzać młodych piłkarzy, sprowadzają słabszych lub po prostu dużo tańszych zawodników.

R.G.: Wydaje mi się, że ten sezon był decydujący. Górnik Zabrze pokazał, że można zrobić wynik piłkarzami, którzy ogrywali się w pierwszej lidze czy jak Kurzawa w rezerwach w drugiej lidze. Żurkowski również grał w drugim zespole Górnika. Można w taki sposób osiągnąć dużo, nie trzeba sprowadzać obcokrajowców, którzy tylko uzupełniają kadrę, są niedrodzy. Trzeba ufać młodym piłkarzom. Śmielej wracamy do czasów, gdy chętnie dawano szansę perspektywicznym zawodnikom. Przypomnijmy sobie Legię Warszawa Jana Urbana, która zapoczątkowała okres wprowadzania juniorów do pierwszego składu. Żyro, Łukasik, Wolski, Borysiuk dostali szansę, co zwróciło się klubowi w postaci pieniędzy z transferów. Oczywiście, widzę, że polskie kluby nie są w stanie zatrzymać młodych piłkarzy, jednak się to zmienia. Spójrzmy na Żurkowskiego, wszystko wskazuje, że zostanie w Górniku na nowy sezon. Patrząc na to, co się dzieje, z małymi wyjątkami, zmienia się filozofia polskich klubów. Tym wyjątkiem jest Korona Kielce, w której jest dużo obcokrajowców i te proporcje nie są zachowane. Lechia zmienia swoją politykę. Wcześniej byli w niej wiekowi piłkarze, w znacznej części piłkarze z zagranicy. Trener Stokowiec, zmienia filozofię zespołu. Cieszę się, że coraz więcej klubów będzie podążać tą ścieżką.

Ł.K.: Tak naprawdę ten sezon był bardzo dobrym przykładem, że warto stawiać na młodych piłkarzy. Górnik ma europejskie puchary, Nieciecza naszpikowana obcokrajowcami koncertowo spadła z ligi.

R.G.: To jest potwierdzenie tej tezy. Widzę, że Zagłębie też konsekwentnie daje szansę młodym zawodnikom. Mają bardzo dobrą akademię, z której co chwila pokazują się zdolni chłopcy. Pozostaje teraz tylko kwestia wprowadzania młodych zawodników do pierwszego zespołu. To nie jest tak, że każdy młody chłopak, który jest dobry w wieku juniorskim, szybko zaistnieje w ekstraklasie. To, co ja mogę poradzić, to trzeba szybko zniwelować przeskok z wieku juniorskiego do seniorskiego. Zagranicą ten przeskok jest minimalny, praktycznie bez problemu młodzi piłkarze wchodzą na poziom seniorski. U nas jest widoczna różnica. Trzeba dążyć do tego, by piłkarze nie odczuwali tak bardzo tej różnicy. Dlatego też jestem zwolennikiem rezerw. Szkoda, że część klubów zrezygnowała z rezerw, bo nawet najlepsza CLJ-ka nie zastąpi dorosłej piłki.

Ł.K.: Po spotkaniu z Chile, uważa Pan, że zobaczymy w trakcie Mistrzostw Świata w Rosji ustawienie 3-5-2? (Rozmowa przeprowadzona po spotkaniu towarzyskim z reprezentacją Chile).

R.G.: Jeżeli mogę zaapelować, przestańmy się koncentrować na tym ustawieniu. To, jakim wyjdziemy ustawieniem, nie jest decydujące. Jeżeli ktoś uważa, a czytam takie opinie, że zagraliśmy słabiej w drugiej połowie, bo eksperyment z 3-5-2 nie wypalił, to jest w kompletnym błędzie. Zacznijmy od tego, że widziałem dwa wcześniejsze mecze Chile : Przegrane 2:3 z Rumunią oraz w wygranym spotkaniu z Serbią 1:0. Przypomnę, że Serbia jest uczestnikiem Mistrzostw Świata, która ma dobry zespół. W drugich połowach reprezentacja Chile była zdecydowanie lepszym zespołem, od swoich przeciwników. Opadaliśmy też z sił, jednak to nie był problem taktyki. Absolutnie nie!! To jest zgubne myślenie, nie idźmy tym tropem. Jeżeli mógłbym odbić piłeczkę, to w meczu z Urugwajem i Meksykiem również graliśmy tą taktyką i prawie wszyscy byli zadowoleni z gry zespołu. Teraz po drugiej połowie spotkania z Chile mamy mieć wątpliwości? To nie jest najważniejsze.

Ł.K.: Dziennikarze chyba też trochę lekceważyli przeciwnika, mówiąc, że gramy z Chile B czy nawet Chile C.

R.G.: Wydaje mi się, że w większości patrzyliśmy na siebie. Od dziennikarzy też trzeba wymagać, by się interesowali piłką. Jeżeli widzi się czternastu nowych piłkarzy, to nie znaczy, że to są słabsi piłkarze. Faktycznie, mogło brakować doświadczenia Vidala, który ma sto spotkań w reprezentacji, a nie dwa. Jednak wbrew pozorom, nie był to słaby zespół.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

fot.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.