Ernest Konon: „Mamy większe talenty niż ktokolwiek inny. Trzeba na nie postawić i oduczyć się wyścigu szczurów”

Były zawodnik Jagiellonii Białystok i Korony Kielce oraz Genk, zdobywca Pucharu Belgii. O jego karierze, szkoleniu młodzieży, kanapowym teście Rijkaarda porozmawiałem z Ernestem Kononem.

Łukasz Karpiak: Nie miałeś problemu z zaadaptowaniem się do rzeczywistości, po zakończeniu kariery piłkarskiej. Byłeś trenerem, asystentem trenera, teraz prowadzisz szkółkę.

Ernest Konon: Jak dla mnie to stało się za szybko, nie byłem do końca przygotowany. Miałem jednak zachowane kontakty z czasów kariery i wiedzę, więc mi się udało nie zginąć. Nie oszukujmy się, szesnaście klubów w swojej karierze to jest dużo. Z pobytu w każdym zespole wyciągałem wnioski. Obserwowałem jak trenerzy „padali” ale i widziałem jak trenerzy się podnoszą z niczego. Fajne doświadczenia, zwłaszcza że z każdego zakątka świata. Dużo dał mi wyjazd z Komornickim, gdzie trenowaliśmy młodzież w Egipcie.. Byłem też drugim trenerem w Bocholt, gdzie dobrze mi się pracowało. Przy swojej, nieszczęśliwej czterdziestce, zaprzestałem już grania. Grałem co prawda w niższych ligach, ale to już była bardziej zabawa.

Ł.K.: Jednak zdrowie Ci dopisywało. Grać do czterdziestki, mimo wszystko, to jest osiągnięcie.

E.K.: Myślę że i teraz bym sobie poradził w niższej lidze. Jednak to by było męczenie siebie. Z drugiej strony w Polsce ciężko rozmawia się o wieku piłkarza. Gdy miałem trzydzieści dwa lata to słyszałem, że jestem za stary. Usłyszałem to, minęły cztery lata i pomogłem awansować do ekstraklasy zarówno Jagiellonii jak i Koronie Kielce, więc co do wieku to nie ma reguły. Jednak jest u nas taka mentalność oceniania piłkarzy pod kątem wieku a nie aktualnych umiejętności.

Ł.K.: „Diamenty Erniego” również rozwijają się dzięki Twoim kontaktom? Z tego co widziałem, ostatnio wyjechałeś z dzieciakami do Belgii.

E.K.: Chcieliśmy jako „Diamenty Erniego” stworzyć coś innego. Chcemy udowodnić, że nie zawsze ten kto ma talent, funkcjonuje na wysokim poziomie. Moim zdaniem szkółki piłkarskie, które mają po pięćset osób u siebie i dwadzieścia pięć dzieciaków na treningu to jest troszeczkę za dużo. Czasami ciężko opanować dwoje dzieci, a co tu mówić o tak licznej grupie. Chcemy stworzyć system, który spowoduje, że rodzice nie będą martwić się wyjazdami na trening, co robić w czasie oczekiwania na dziecko. Aktualnie są u nas busy, które przywożą i odwożą dzieci z zajęć. Dodatkowo jest u nas trener, który ma czas żeby tłumaczyć dzieciom, co robią źle. Myślę, że to jest fajne, bo my, jako Polska mamy mega utalentowaną młodzież, która ginie w jakimś momencie, bo nie jest dobrze szkolona. Z tego co widzę, dzieciaki chłoną wiedzę jak gąbka. Jeżeli ktoś się przyłoży i wytłumaczy dziecku jak ma wyglądać dane ćwiczenie, proste podbicie, jak uderzać wewnętrzną częścią stopy, to szybko to chwyci. Ze względu na to, że zwiedziłem pół świata, mogę powiedzieć, że jako Polacy jesteśmy narodem, który w każdej sytuacji sobie poradzi, trzeba być tylko przygotowanym mentalnie.

Ł.K.: Takiego przygotowania nie miałeś w Karkonoszach?

E.K.: Broń Boże, nie (śmiech). Karkonosze Jelenia Góra to był przypadek. Zresztą, ewenementem było to, że ja dopiero w wieku siedemnastu lat zacząłem grać w piłkę. W tym wieku po raz pierwszy poszedłem na trening a mając osiemnaście lat zdobyłem tytuł Sportowca Roku Dolnego Śląska wygrywając między innymi z Kudybą ze Sląska. Mam teorię, że w piłkę grać nie potrafiłem, ale byłem bardzo szybki i to pomogło mi w karierze (śmiech). Przypadkowo również wpadłem w oko ludziom z Belgii. W trakcie jednego ze spotkań, w trzydziestej czwartej minucie chciałem wybić piłkę i kopnąłem piłkę z połowy boiska. Futbolówka poszła z wiatrem i wpadła do siatki. Czysty przypadek sprawił, że zaistniałem w piłce. Jednak zawsze miałem determinacje i nie odpuszczałem, dlatego coś osiągnąłem, bo żaden ze mnie piłkarz.

Ł.K.: Można znaleźć informację, że zdobyłeś „Złotego Buta” grając w Cercle Brugge.*

E.K.: Ten tytuł zdobyłem dzięki temu, że miałem wokół siebie fajnych chłopców, którzy potrafili grać w piłkę. Ja byłem wyrobnikiem i dużo biegałem. Zresztą, w wieku trzydziestu ośmiu lat też dużo biegałem. Gdy byłem w Koronie, to razem z Edim przebiegaliśmy więcej, niż ktokolwiek inny na boisku. Potrafiłem wykorzystać swoje atuty, jednocześnie będąc skromnym i mając w sobie dużo pokory. Myślę, że to właśnie zatrybiło.

Ł.K.: Powiedziałeś o szczęściu, więc można powiedzieć, że transfer do Belgii do splot wielu szczęśliwych zdarzeń. Bramka z połowy przy próbie wybicia, którą widziała żona sponsora i to ona przekonywała do zaproszenia Ciebie na testy.

E.K.: Swoją drogą bardzo atrakcyjna kobieta (śmiech). Faktycznie, ten mecz zadecydował w większości o moim transferze. Później pojawiła się delegacja z Belgii, która obserwowała mnie podczas meczu sparingowego, w którym strzelił dwie lub trzy bramki. Następnym przypadek, to mój wyjazd do Belgii z Robertem Rosińskim. Graliśmy w Overpelt-Fabriek i Robert miał wystąpić w meczu sparingowym z Racingiem Genk. Skręcił kostkę przed samym meczem i ja go zastąpiłem w spotkaniu kontrolnym. Strzeliłem bramkę z przewrotki i na tyle wpadłem im w oko, że podpisałem kontrakt z Genk.

Ł.K.: Szczęście się uśmiechało do Ciebie. To nie był szok, że w tak krótkim czasie tak dużo się zmieniło w Twoim życiu?

E.K.: Duży szok. Musiałem szybko podjąć decyzję w budce telefonicznej, bo nie było wtedy telefonów komórkowych. Babcia mi dała trochę drobnych, pobiegłem raz jeszcze do babci, już nie chciała mi dać więc poprosiłem dziadka, który mnie uratował. Transfer do Belgii dogadywałem w budce telefonicznej koło sklepu „Społem”.

Ł.K. Cała rodzina była zaangażowana w transfer.

E.K.: Finansowo (śmiech). Trzeba było podjąć decyzję, a to wbrew pozorom nie było łatwe. Nie miałem ukończonej jeszcze szkoły, więc było mi ciężko było wyjechać bez ukończenia studiów. Jednak w końcu postanowiłem wyjechać na swoje i tego nie żałuję. Urodziło mi się jedno dziecko w Belgii, później w Białymstoku drugie. Piętnaście lat ciągłej tułaczki spowodował, że zakochałem się w Białymstoku i zostałem tutaj na stałe.

Ł.K.: W Genk spędziłeś tylko rok, ale udało Ci się zdobyć Puchar Belgii.

E.K.: I wicemistrzostwo. W tym sezonie osiągnąłem najwięcej z wszystkich polskich piłkarzy grających w piłkę. Nikomu nie udało się więcej osiągnąć. Fajne uczucie, zdobyć najwięcej medali w danym roku.

Ł.K.: Jednak szybko opuściłeś Genk, rozgrywając tylko dziesięć spotkań. Zakotwiczyłeś w Cercle Brugge.

E.K.: Genk chciało przedłużyć ze mną kontrakt o dwa lata. Zdawałem sobie sprawę, że jestem dobry, jednak nie dostawałem dużo szans, bo na tej samej pozycji grali Oulare i Strupar. Strupar zdobył króla strzelców, Oulare tytuł najlepszego zawodnika z Afryki grającego w Belgii. Dosztukowali jeszcze Gudjonssona z Bochum, to gdzie ja do pierwszego składu, taki mały tygrysek z KS-u Karkonosze (śmiech). Starałem się im oczywiście deptać po piętach, ale łatwo nie było. Mimo wszystko zdobyłem bramkę dającą wicemistrzostwo, także tak źle nie było. Moje dalsza obecność w Genk zależała od mojej decyzji. Pamiętam jak dziś, podszedł do mnie Aimé Anthuenis i powiedział, że potrzebuję takiego człowieka jak ja. Chciał piłkarza, który się nie poddaje, zawsze jest z drużyną. W międzyczasie zadzwonił do mnie manager z Cercle Brugge i pojechałem tam. Przyjęli mnie fantastycznie a ja odwdzięczyłem się na boisku. Zdobyłem „Złotego Buta”, strzeliłem bodajże szesnaście bramek. Jednak problem polegał na tym, iż miesiąc po moim odejściu Genk sprzedało Strupara i Oulare’a, więc byłbym tam pierwszym napastnikiem. Grałbym od pierwszej do ostatniej minuty, bo kondycyjnie byłem nie do zdarcia. Koniec końców okazało się, że źle wybrałem. W życiu podjąłem wiele złych decyzji, jednak ta była znacząca.

Ł.K.: Transfer do Harelbeke też był złą decyzją?

E.K.: Nie. Z prostego powodu – dostałem tam bardzo duże pieniądze. Jeden z menadżerów, prowadzących aktualnie jedną z większych agencji, zaprosił mnie do siebie do domu. Pograliśmy trochę w siatkonogę i zaproponował przedłużenie kontraktu z Cercle. Nie dogadaliśmy się finansowo i temat upadł. Podpisałem kontrakt z Harelbeke. Niestety później klub zbankrutował. Pan, który był sponsorem klubu, prowadził fabryki i wykryto u niego nieprawidłowości. Zabrakło sponsora i klub upadł.

Ł.K.: Trochę polski klimat.

E.K.: (Śmiech). Poniekąd. Dodatkowo nie żałuję z prostego powodu – po upadku klubu od razu dostałem propozycję transferu na Cypr. Pojechałem tam, strzeliłem dwanaście bramek w ośmiu spotkaniach i byłem tam, nie boję się tego powiedzieć, bogiem. Później chciała mnie Sparta Rotterdam, która była prowadzona przez Franka Rijkaarda, jednak Cypryjczycy chcieli za mnie duże pieniądze. Dodatkowo nie miałem paszportu belgijskiego, a w Holandii minimum socjalne dla zawodnika spoza Unii Europejskiej wynosiło czterysta tysięcy euro. Nie dziwię im się, że odpuścili temat. Podszedł do mnie Frank Rijkaard i powiedział: Słuchaj, jesteś fajny chłopak, natomiast ze względu na to, że możemy mieć każdego Belga czy Francuza za dwieście tysięcy nie weźmiemy Ciebie. Nie wyróżniasz się, nie jesteś lepszy czy gorszy – jesteś taki sam, ale za połowę ceny. Zostałem na lodzie, przez trzy miesiące tułałem się po Belgii, nie wiedziałem co z sobą zrobić. Zadzwonił do mnie jednak trener Majewski, zaproponował Zagłębie Lubin. Było wielkie show w Lubinie, bo kilku dobrych zawodników przyjechało. „Matysek, Konon, Kubik – ale będzie się grało” mówili. Cztery mecze – zero punktów, dwanaście bramek straconych. To się podziało (śmiech).

Ł.K.: Twarde zderzenie z polską piłką.

E.K.: No trudno, takie jest życie, nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

Ł.K.: Następnie zaliczyłeś krótkie epizody w ŁKS-ie i Śląsku i nagle pojawiła się oferta z Maccabi Ahi Nazaret. Jednak do transferu nie doszło, bo doznałeś kontuzji, którą pobiłeś chyba słynny uraz Canizaresa.

E.K.: Ja już miałem tam podpisaną umowę (śmiech). Wróciłem z Nazaretu, cieszyliśmy się bardzo wraz z dziewczyną z kontraktu, otworzyłem kominek i wyleciało z niego trochę popiołu. Niestety, porobiły się dziurki w białej wykładzinie, a że miałem dwa dni do wylotu to postanowiłem ją naprawić. Pojechałem do sklepu, wziąłem koszyk i szczęśliwy, w podskokach jak gazela, szukałem płytek. Znalazłem je, poszedłem po kleje by nie jeździć dwa razy. W pewnym momencie odjechała mi noga i zamiast się przewrócić, napiąłem mięśnie by utrzymać równowagę. Niestety zrobiłem to całym ciężarem ciała, wygięła mi się noga i zerwałem więzadła krzyżowe. Nie byłem ubezpieczony, gdyż w kontrakcie małym druczkiem było zapisane, że umowa i ubezpieczenie wchodzą w życie w momencie przekroczenia granicy Izraela. Siedem miesięcy na własny koszt się leczyłem, operacja również była z moich pieniędzy.

Ł.K.: Pojawiła się myśl, że może trzeba zostawić już piłkę?

E.K.: Powiem tak, zacząłem szukać sobie zajęcia, noga mi też cały czas latała. Później, po sześciu, siedmiu latach, okazało się że grałem bez przednich więzadeł. Z tego co pamiętam, to przy jakimś badaniu w Jagiellonii się to okazało. Czyli można grać bez więzadła krzyżowego (śmiech). Bardzo mi pomógł Adaś Nawałka. Nie oszukujmy się, zadzwonił do mnie facet i mocnym głosem powiedział tak: Jest godzina dwudziesta trzecia, o dziesiątej jest trening. Żeby nie skłamać, do Białegostoku miałem sześćset pięćdziesiąt kilometrów. Do dwunastej myślałem, koniec końców pojechałem. Za dwadzieścia dziesiąta przyjechałem do Białegostoku, przybiłem piątkę z trenerem, popatrzył na mnie i powiedział : Ty dla mnie będziesz grał, bo masz charakter. A dlaczego Cię tu zaprosiłem i dlaczego chcę z Tobą podpisać kontrakt? Bo powiedziałeś, że jedynym na czym Ci zależy, to wrócić i udowodnić wszystkim, że jesteś dobry. Podpisałem umowę z Jagiellonią, chyba nikt tej decyzji nie żałował.

Ł.K.: Pamiętam Twój debiut w Jagiellonii. Podpisałeś kontrakt i trzy dni później zagrałeś w meczu z Widzewem.

E.K.: Szybko, nie? (śmiech). Fajnie wyszło. Później człowiek miał trzydzieści pięć lat, odszedł trener Nawałka, ze mną nie przedłużono umowy bo byłem za stary, więc wróciłem do Belgii.

Ł.K.: Czytałem oficjalne podziękowanie Tobie za grę, które umieściła Jagiellonia na swoim profilu. Dziękowali za wiele rzeczy, ale mam wrażenie że najbardziej za poczucie humoru.

E.K.: Prawda. To mój duży atut. Atmosferę trzeba robić w zespole, Korona też mnie brała bym trochę podniósł im szatnię. Przed przyjściem do Kielc zadzwonił do mnie Paweł Sobolewski i powiedział, że potrzebują kogoś, kto zrobi im atmosferę w zespole. Następnie zadzwonił do mnie prezes Korony i powiedział: Panie Ernest, przyjeżdżaj Pan. Musimy uwolnić tych chłopców z marazmu. Przyjechałem i od tego momentu przeskoczyliśmy z ostatniego miejsca w tabeli na szczyt ligowej tabeli (śmiech). Byliśmy wiceliderem po pierwszej rundzie.

Ł.K.: Jeżeli chodzi o budowanie atmosfery, to miałeś to z kim robić. Atak Konon – Edi był chyba jednym z najweselszych w lidze.

E.K.: Tak, nie zatrzymywaliśmy się na boisku (śmiech). Tak naprawdę w Kielcach było bardzo ciekawie.

Ł.K.: Jednak przed transferem do Kielc był powrót do Belgii i gra w Tienen.

E.K.: To było druga liga belgijska. Szczerze, rewelacyjnie nam szło. W siedmiu spotkaniach zdobyłem jedenaście bramek i byliśmy na drugim miejscu w tabeli. Zastanawiałem się, czy nie zostać na dłużej, ale przyszła oferta z Korony i niestety musiałem odejść. Powiedziałem, że moje dzieci się nie zaaklimatyzowały się w Belgii i dostałem dużo lepszą propozycję finansową w Polsce. Żegnali mnie płacząc, otrzymałem kosz upominków. Zrobiło mi się smutno… Miałem jednak małego Kubusia, widać było po nim, że ma problem z aklimatyzacją. Przychodził smutny z przedszkola, był strasznie nieswój. Nie znał flamandzkiego, dzieci śmiały się, a on myślał że to z niego. Wpadł w marazm. Oczywiście, nie nabijały się z niego, obserwowałem jak to naprawdę wygląda. Kuba jednak wziął to do siebie, chciałem ratować chłopa więc pojechaliśmy do Korony, w Kielcach poszedł do szkoły i odżył.

Ł.K.: W Koronie na początku rywalizowałeś z Krzysztofem Gajtkowskim o miejsce w składzie.

E.K.: Jaka to rywalizacja była. Z „Gajtusiem” byliśmy przyjaciółmi i nie rywalizowaliśmy ze sobą. Zawsze się wspieraliśmy. Nie było tak, jest jest często w klubach, że jeden siedzi na ławce, tylko się cieszy „dobrze, dobrze, znów nie wcelował” i zaciera ręce. Jeszcze był Paweł Buśkiewicz, który moim zdaniem miał duży talent. Nie wiem czemu poszedł inną drugą, ale miał facet talent.

Ł.K.: Skończył grać w wieku dwudziestu ośmiu lat.

E.K.: Szkoda, jednak tak bywa. Czasami człowiek czeka na tę jedną ofertę i musi być na nią gotowy. W Polsce niestety nie wszyscy to rozumieją. Króluje myślenie „Jak się pojawi oferta to pojadę”. Jasne, tylko będziesz gotowy w pięćdziesięciu procentach gotowy na walkę, to nawet jak dostaniesz szansę, to ją szybko zmarnujesz.

Ł.K.: Teoretycznie nie byłeś gotowy na wyjazd do Belgii.

E.K.: Mimo wszystko dałem radę, na luzie.

Ł.K.: Skoro wracamy do wyjazdu do Belgii. Skąd tak późne rozpoczęcie kariery piłkarskiej?

E.K.: Chodziłem do szkoły, grałem na osiedlu, ale jakoś nie ciągnęło mnie do klubu. Zacząłem grać dzięki kapitanowi drużyny, bo chciałem go zlać. Jednak problem był taki, że był większy ode mnie, więc chciałem w inny sposób mu udowodnić, że jestem od niego lepszy. Poszedłem na trening, byłem w trampkach, a że było mokre boisko to zacząłem się ślizgać. Jak mnie podłapali, to dostałem z piętnaście „dziur”, z dziadka nie wychodziłem wcale. Trochę czułem się zagubiony, bo to było zderzenie z piłką, jak to mówię, wieśniacką z piłką profesjonalną. Jak zobaczyli, że mogą się mną zabawić, to nie odpuścili. Po treningu wszedłem do szatni. Nie byłem przyzwyczajony że ktoś się rozbiera, więc zespół się przebierał a ja założyłem na siebie bluzę i skierowałem się do wyjścia. Kapitan zobaczył że wychodzę i mnie zawołał. Odwróciłem się a on zapytał „Gdzie ciepła woda?”. Łzy mi pociekły, byłem strasznie zagubiony, dodatkowo zaczęli się śmiać ze mnie. Wyszedłem, poszedłem do babci, powiedziałem jak wyglądał trening, więc kazała poczekać na dziadka. Dziadek, który był moim guru, wziął mnie na bok i powiedział ważną rzecz. „Synu, honor, szacunek do innych i pokora są najważniejsze. Ten chłopak nie ma pokory, bo jest kapitanem. Ty możesz sprawić, że nabierze pokory. Pomożesz jemu i pomożesz sobie, tylko musisz być wytrwały.”. Dziadek kupił mi następnego dnia korki i tak się zaczęło. Po pół roku byłem kapitanem, półtorej roku później byłem sportowcem roku na Dolnym Śląsku. Pisali o mnie „nieoszlifowany diament” i tego typu rzeczy. Nauczyłem go pokory, przestał później grać w piłkę. Myślę, że zrozumiał, że przeszłość jest częścią naszej przyszłości. I dzięki temu właśnie zacząłem grać w piłkę.

Ł.K.: Na początku kariery uczył Pana dziadek. A później?

E.K.: Dużo też nauczył mnie trener Ryszard Komornicki. Zadzwonił do mnie i zaproponował mi pracę w Egipcie. Dużo wiedzy mam dzięki właśnie Komornickiemu jak i od ludzi, którzy tam byli, bo to była mimo wszystko szkoła szwajcarska. Nabrałem też dużo respektu do siebie, wiem że mogę i potrafię. Później pracowałem w Kluczborku i muszę to powiedzieć: niewykorzystany potencjał polskiej piłki to Jarosław Dymek. On zdobył dużo w czasie swojej kariery, a nikt go nie doceniał. Zrobił z czegoś niemożliwego możliwe, a i tak nie zostało to zauważone. Fajnie się uzupełnialiśmy na ławce trenerskiej. On patrzył na technikę, grę, zgranie. Ja jestem ten bardziej roztrzepany, pracowałem z napastnikami, lubiłem pożartować z chłopakami ale znałem swoje miejsce w szeregu. Do pewnego momentu sobie pomagaliśmy. Utrzymaliśmy Kluczbork w pierwszej lidze, gdzie uważam że może dwóm trenerom by się to udało. Praca z tymi ludźmi dużo mi dała, jeżeli chodzi o wiedzę trenerską. A teraz? Wszystkie dzieci mnie kochają, więc nie będę ukrywał, że fajnie się z tym czuję. Nie jest to łatwa praca. Nie wiele o tym się mówi, ale najlepszym wykładnikiem pracy trenera, jest wtedy gdy dziecko przyjdzie drugi raz na trening. Dzieci nie kalkują. To nie są osoby doświadczone, które stwierdzą – nie podoba mi się, ale przyjdę bo będzie mi się opłacać. Dziecko powie: trening nudny, nie chce już przychodzić. Prawda jest taka, że jeżeli dzieci mówią, że jest fajnie, że im się podoba i jest dobra atmosfera, to jest wielki sukces trenera. Wiadomo, czasami trzeba huknąć, jednak później trzeba jakoś to załagodzić. I co również jest ważne, młodzi ludzie biorą do siebie wszystko, co mówi trener. Jak widać efekty pracy, to człowiek naprawdę jest spełniony.

Ł.K.: Nie planujesz pracować z seniorami?

E.K.: Nie chciałbym. Wolę trenować diamenty za takie same pieniądze jak trener pierwszej drużyny Kluczborku, który jest oddalony pięćset kilometrów od domu. Przykro mi, ale często trenerzy otrzymują ochłapy a wymaga się cudów.

Ł.K.: Potrafimy czy nie potrafimy szkolić młodzieży? Ta debata już jakiś czas trwa, jakie jest Twoje zdanie?

E.K.: Widzę, że powstaje dużo szkółek piłkarskich. Filozofia gry w piłkę nożną to odzwierciedlenie tego, co się dzieje w dobrych klubach zachodnich. To znaczy – stylu gry nie ustala trener ale klub. Ja prowadzę „Diamenty Erniego” na troszkę innych warunkach, natomiast wszystkie szkółki piłkarskie bardzo szanuję. Tylko co z tego, że jest tysiące szkółek i trzy miliony dzieci szkolą się do żadnej wizji, taktyki. Takie dziecko w wieku czternastu lat przechodzi do klubu i zaczyna się problem, bo nie był szkolony pod żaden system. A dlaczego? Bo w Polsce ciężko określić system gry. Wydaje mi się, że winą takiego stanu rzeczy jest wyścig szczurów. Ktoś bogaty kupuje sobie klub i mówi, że chce grać piłkę hiszpańską. Więc ściąga trenera Hiszpana, pozwala mu kupić zawodników do taktyki a po czterech miesiącach wyrzuca go. Następnie przychodzi szkoleniowiec, który musi dokończyć dzieło, jednak on preferuje odmienny system, przykładowo 4-4-2. I musi grać zawodnikami, sprowadzonymi pod kątem przystosowania do gry kombinacyjne piłkę angielską. Zresztą, widzimy jakie są zmiany w Polsce. Na zachodzie daje się szansę trenerowi unormować sytuację, jeżeli pojawi się kryzys, to trener może spróbować wyciągnąć drużynę z dołka. Tak samo jest z młodzieżą, bo dominuje wyścig szczurów. Podniecamy się, że kilku młodych piłkarzy dostało szansę, gdy na zachodzie szesnastolatkowie czy siedemnastolatkowie mają już epizody w pierwszych drużynach swoich klubów. U nas tego nie widać.

Ł.K.: A to nie jest tak, że trenerzy grup młodzieżowych, oczywiście nie wszyscy, zarabiają za małe pieniądze? Łączą pracę w dwóch lub trzech klubach.

E.K.: Tak. Dodatkowo też uczą WF-u w szkole. To też jest podstawowy problem polskiej piłki nożnej, natomiast czemu kluby, które zarabiają na młodych zawodnikach nie robią tak, że trener z U-14 nie przekazuje informacji na temat piłkarzy, gdy jego zawodnicy przechodzą do U-15. I nie chodzi mi o informację „ten jest dobry”, ale dokładną typu – ten jest perełką, ale trzeba z nim pracować tak i tak, tu ma braki a na to źle reaguje. Tego trzeba przytulić a na tego trzeba huknąć. I tak każdego piłkarza po kolei. Każdy jest inną osobowością i trzeba brać to pod uwagę. Po takich informacjach trener z U-15 wie jak pracować z danym zawodnikiem, bo dostał kompleksowy raport. Dodatkowo na zachodzie, każdy trener, w momencie transferu młodego piłkarza, dostaje procent od transferu za swoją pracę. A u nas? Co z tego, że wypromujesz chłopaka, stworzysz nowego Lewandowskiego. Co będziesz z tego mieć trener? Zdjęcie w mediach, wyjście przed kamerę i satysfakcję? Tak, jest to miłe, ale rodziny zdjęciem nie wyżywisz. Odnoszę wrażenie, że PZPN powinien stworzyć system, zresztą jest taki system tylko trzeba po niego sięgnąć, że będziemy mieli wgląd do tego jak piłkarz się rozwija. Za 10 zł będziemy mogli wejść nie na InStata, gdzie jest tylko pierwsza i druga liga, ale będę mógł porównać każdy trening młodzieży w każdej lidze. Przykładowo – ja z Trzebiatowa Górnego czy ktoś z Legii będzie mógł wpisać „Najlepsi zawodnicy lewonożni, o największej wydolności, z największą celnością podań z prawej nogi”. I po wyszukaniu może nie wyjdzie mu chłopak z Legii Warszawa czy z Lecha Poznań, ale chłopak właśnie z Trzebiatowa Górnego lub z Ząbek Dolnych. Nie wymaga to dużego nakładu finansowego, tylko dwóch kamer. Tak jest we Francji, Belgii. Dużo rzeczy jest do zrobienia. Wszyscy myślą, że jak ktoś przeczytał jedną książkę lub dwie czy jest na uniwersytecie to jest mądry. Nie. Trzeba czuć szatnię, żeby wiedzieć jak zmienić piłkę. Teoretycznie wszyscy o tym wiedzą, ale nikt tego nie robi. Trzeba zobaczyć, że powtarzalność może wpłynąć również źle na piłkarza. Jak będziesz powtarzał dwadzieścia razy ćwiczenie i będziesz robił je źle, to sobie utrwalisz, że trzeba tak robić.

Opowiem Ci anegdotę dotyczącą Franka Rijkaarda, nie opowiadałem jej jeszcze chyba. To co zobaczyłem u niego, gdy prowadził Spartę jest bardzo ciekawe, śmieszne i życiowe. Pojechałem do Sparty Rotterdam i przez pierwsze dwa dni trener Frank Rijkaard nie wypuszczał mnie na treningi. Wiesz czemu?

Ł.K.: Kwestia językowa?

E.K.: Nie. Już Ci mówię. Wychodzę na trening, gotowy do działania, drżę z radości a on ustawia pachołki do gry w dziadka. Spojrzał na mnie i powiedział, żebym pobiegał dziesięć minut wokół boiska i zaraz do mnie wróci. Wszyscy robili ćwiczenia a ja biegałem i biegałem. Następnego dnia sytuacja się powtarza. Nie wiem o co chodzi. Trzeciego dnia mnie w końcu puścił mnie na boisko i mogłem pograć w piłkę. Po kilku dniach zaprosił mnie do swojego pokoju, był z nim asystent i jeszcze jedna osoba. Wszedłem do pokoju a oni kazali mi usiąść na sofie. Wszyscy stali, ale skoro kazali usiąść, więc usiadłem. Co jest ważne dla tej historii, usiadłem po lewej stronie sofy, zakładając prawą nogę na lewą. Siedziałem tak kilka minut a Frank Rijkaard, rzecz jasna stojąc, zaczął mi tłumaczyć pierwsze dwa dni treningu. Powiedział, że ma zdrowy klub, jak jabłko. Obojętnie co bym nie zrobił i jak się zachowywał, musi mnie sprawdzić, czy jestem przygotowany mentalnie, czy jestem życiowy. Dużo też mnie pytał o rodzinę. Powiedział, że nikogo nie wpuszcza od razu na trening, chyba że jest magikiem, bo nie chce mieć w szatni chłopaka, który od środka będzie jak robak zżerał ogryzek. On miał taką wizję, że chce w klubie ludzi, którzy są optymistycznie nastawieni do życia, nie będą narzekać czyli nie będą niszczyć mu szatni. Co było zaskakujące? Sofa. Dwie anegdoty w jednej będą (śmiech). Po dziesięciu minutach wyszliśmy z pokoju, zrobiliśmy sobie kawę, weszliśmy z powrotem do pokoju i znów kazali mi usiąść. Zaskoczony trochę, jednak usiadłem w tym samym miejscu z takim samym ułożeniem nóg. Rijkaard się ucieszył i powiedział, że chce mnie zatrudnić. Byłem zaskoczony ale nie drążyłem tematu.

Po miesiącu wyszedł temat braku paszportu belgijskiego, przez co transfer upadł. Później się okazało, że kwestia lewej strony sofy była bardzo ważna, ponieważ Rijkaard szukał zawodnika prawonożnego, którego dominującą półkulą jest lewa. Chciał zawodnika, który jest prawonożny, ale będzie mógł grać na lewej stronie pomocy i będzie schodził do środka i strzelał z prawej nogi. Gdzieś mu się to sprawdzało. Facet ma na tyle dużo jaj, że gdybym był Messim ale usiadłbym po prawej stronie to by mnie nie wziął. Ma swoje zasady i ich się trzyma. Żeby nie było, że to jakiś wymysł. U trenera Nawałki często grałem na lewej stronie i schodziłem do środku. Serio, dobrze się czułem na tej pozycji. Jak pojechałem na staż do Pepa Guardioli było kompletnie inaczej. Guardiola powtarzał, że klub jest jak szwajcarski zegarek – każdy jego element jest tak samo ważny. Ważny jest woźny, tak samo pan od strzyżenia trawy. Dla nas może to się wydawać dziwne, ale jest w tym dużo prawdy. Guardiola wychodzi z założenia, że jak trawa będzie źle przystrzyżona to zawodnik się przewróci. Jak to zrobi, to może złamać nogę. Jak złamie nogę to trener będzie miał mniej zawodników. Wszystko się zazębia, prawda?

U nas w Polsce sprowadza się wszystko do tego, że od pierwszych kolejek trener jest rozliczany za wynik, za grę. Spójrzmy nawet na kadrę. Po meczu z Włochami Brzęczek był chwalony, po kolejnym już bardzo krytykowany. Nie ma spokoju i trzeźwej oceny, chcemy tylko tu i teraz. Jesteśmy ekspertami od wszystkiego i tego nie zmienimy.

Jak wracamy do trenerów grup młodzieżowych, to trzeba nam szkoleniowców z jajem. Z poczuciem humoru, z wizją, pasją i cierpliwością, by mógł przetrzymać fochy dziecka. Niestety, trzeba dziecko naprowadzić dziecko na tę drogę, by wiedziało, że ma talent i trzeba nad nim pracować. Powiedziałeś bardzo mądrą rzecz. Jak polscy trenerzy mają przeprowadzić trening, skoro uczą w szkole do godziny piętnastej, a o siedemnastej przeprowadzają trening. Jak on ma się skupić na treningu? Sam sobie odpowiedziałeś na pytanie, dotyczące szkolenia. Kiedy to się zmieni? Nie wiem, myślę że nigdy. Choć wierzmy w PZPN, może wymyślą system, który będzie mówił wyraźnie, że minimum dla trenera grup młodzieżowych to tyle i tyle.

Choć jeszcze dziwi mnie jedna kwestia. Jak Polak wyjeżdża na zachód, musi być dwa, trzy razy lepszy od piłkarzy tam przebywających. W naszej lidze gra więcej zagranicznych piłkarzy niż Polaków. Łatwo jest powiedzieć „Nie mamy talentów”. Gówno prawda. Mamy większe talenty niż ktokolwiek inny. Trzeba na nie postawić i oduczyć się wyścigu szczurów.

Ł.K.: Pytanie na sam koniec. Do czego się trudniej przygotować: do treningu czy do malowania obrazu?

E.K.: (długi śmiech). Szczerze – myślę, że do malowania. Powiem tak, żeby namalować obraz trzeba mieć doła, albo być bardzo szczęśliwym. Do treningu idziesz jak do pracy, malowanie obrazu to wizja twórcza. Rozrabiasz farby, wybierasz pędzle, zastanawiasz się jaką kreskę pociągnąć i co z tego wyjdzie.

Ł.K.: Po głosie wnioskuję, że ostatnio malujesz obrazy na wesoło.

E.K.: Powiem tak, mam dziewczynę, Anię – w sumie już jesteśmy prawie stare dobre małżeństwo, i namawia mnie za każdym razem jak wrócę z treningu, bym coś namalował. Mówi: jest godzina siedemnasta, masz trzy godziny do następnych zajęć, może coś namalujesz wreszcie. Za każdym razem mówię, że tak, to ten czas na malowanie. Jednak gdy przygotowuje się do malowania to Ania przynosi mi pyszny obiad i wszystkiego mi się już odechciewa (śmiech). Odkładam pędzle, przepraszam, mówię że nie dam rady i zaczynam jeść. Aczkolwiek, druga osoba w związku, jeżeli człowiek jest piłkarzem lub trenerem, daje dużo motywacji. Piłkarz, to wredna funkcja. Tu się kopię, tu się niby ma przyjaciół na treningu, ale po przegranym meczu, dobrze mieć swoją drugą połówkę. Taką moją Anię. Gdy przychodzę i mówię: ale było ciężko po czterech treningach, tu dostałem ofertę, zawodnik prosi mnie o pomoc to fajnie jest usłyszeć laika, bo to dużo daje. Taka osoba ma świeże spojrzenie na to i człowiek sobie myśli, że nie jest aż tak mądry w tym wszystkim.

*Informację można znaleźć w internecie, jednak oficjalne belgijskie strony nie zawierają tej informacji.

 

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

fot. poranny.pl

1 thought on “Ernest Konon: „Mamy większe talenty niż ktokolwiek inny. Trzeba na nie postawić i oduczyć się wyścigu szczurów””

  1. Wszystko pięknie panie Ernest, tylko zapomniałeś wspomnieć o swoich dzieciach których się wyrzekłeś i wylałeś na nie wiadro pomyj. Ciekawe co na to powiedzą rodzice diamentów jak sprawa wypłynie? Pozostanie malowanie połamanymi pędzlami z uśmiechem do góry nogami. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.