Emil Kot: „Rób swoje, a ludzie niech mówią co chcą!”

Kilka lat temu należał do „Ultras Enigma” oraz prowadził doping na meczach Polonii. Aktualnie działa w projekcie „Ty Też Masz Szansę”, dzięki któremu młodzi polscy piłkarze mają szansę zrobić kolejny krok naprzód w swojej karierze. Dodatkowo jest menadżerem Victorii Londyn, z którą świętował w tym roku awans. W rozmowie z człowiekiem-orkiestrą: Emilem Kotem.

Łukasz Karpiak: Patrząc na to w ilu projektach uczestniczysz, można mieć wrażenie, że doba u Ciebie trwa trzydzieści godzin.

Emil Kot: Jeśli się robi to, co się lubi, odczuwa się mniejsze zmęczenie. Wczoraj, a tak naprawdę dziś położyłem się spać po północy, a wstałem o piątej. Dzień jak każdy inny.  (śmiech)

Ł.K.: Chyba od początku swojej przygody z piłką miałeś w sobie dryg do pracy. Mając czternaście lat, grałeś w Polonii, uczyłeś się i należałeś do „Ultras Enigma”.

E.K.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem skąd to moje wewnętrzne zacięcie i pracowitość. Taki już mam charakter. Sporo ludzi mówi, że trzeba się z tym „czymś” urodzić. Mam szczęście, bo chyba mi się to zdarzyło. Moje początki zabawy na trybunach to okolice 2004 roku. Udawało mi się tak organizować czas, by być i tu i tu. Często od razu po treningach, z torbą treningową na ramieniu, biegłem na „Kamienną” pomagać przygotowywać oprawy. Dla chcącego nic trudnego. Oczywiście wciąż priorytetem była piłka. Jak miałem swój mecz w tym samym czasie, to na Polonii się nie pojawiałem.

Ł.K.: Uważasz, że jesteś ryzykantem?

E.K.: Wydaje mi się, że nie.

Ł.K.: Twój wyjazd do Anglii, gdy zostawiłeś wszystko w ciągu kilku dni był jednak ryzykowny.

E.K.: Fakt, może w tej sytuacji podjąłem ryzyko, choć tak naprawdę ponosi je każda osoba, która emigruje. Wydaje mi się jednak, że jeszcze za mało ryzykuję, powinienem być bardziej przebojowy.

Ł.K.: W jakich aspektach?

E.K.: W wielu (śmiech). Nie tylko w sprawach piłkarskich. W życiu osobistym są rzeczy, które mógłbym trochę inaczej rozwiązać, ale zabrakło tego ryzyka czy wspomnianej przebojowości, by w coś wejść, spróbować czegoś nowego. Nie ma jednak powodu, by na cokolwiek marudzić, jest jak jest i się z tego cieszę.

Ł.K.: Nie masz wrażenia, że udaje Ci się zmieniać polską piłkę? Między innymi, dzięki programowi „Ty Też Masz Szansę”?

E.K.: Wydaje mi się, że jako organizacja „Ty Też Masz Szansę” wraz z ludźmi z nią związanymi, już trochę zmieniliśmy polską piłkę. Udało nam się wpłynąć na trenerów, dyrektorów sportowych, działaczy, tak aby na ludzi z niższych lig patrzyli przychylniejszym okiem. Byliśmy pierwsi w Polsce, nikt tego nie robił na taką skalę. Dodatkowo szukamy zawodników. Płatnych test-meczów w całej Europie jest mnóstwo. Każdy, kto zapłaci może wziąć udział. My tę sytuację całkowicie odwróciliśmy. Jeździliśmy, szukaliśmy, robiliśmy selekcję i decydowaliśmy, kto wystąpi w wydarzeniu organizowanym przez nas. Warto podkreślić, że udział w naszym meczu jest darmowy. Niestety jednak, trzeba powiedzieć „nie” wielu chłopakom. Wczoraj do późnych godzin nocnych odpisywałem na zgłoszenia ludziom, których nie udało się nam obejrzeć lub nie zostali zaproszeni. Trzeba im odpisać, odpowiedzieć, niestety negatywnie, ale taka jest piłka. Nie mamy jeszcze takiego budżetu, by organizować więcej spotkań. Przeszkodą jest też czas, bo wątpię, by ktoś się zdecydował przyjechać na cały dzień i od godziny dziesiątej oglądał spotkania. Wyliczyliśmy, że byśmy musieli cztery spotkania wcisnąć w grafik w ciągu jednego dnia. Gdyby na stadionie było oświetlenie, moglibyśmy zrobić jeszcze więcej test-meczów. Jednak to wiąże się z dużymi pokładami finansowymi, niestety nas na to nie stać.

Ł.K.: Otrzymywaliście wiadomości od drużyn z ekstraklasy czy pierwszej ligi? Ułatwiacie im pracę? Wykonujecie tak naprawdę zadania, które powinien robić dział scoutingu w klubach.

E.K.: Nasza ekstraklasa to stan umysłu. Z własnej inicjatywy wysłałem do klubów w całej Polsce e-maila. Do dyrektorów sportowych, scoutów, starałem się własnymi ścieżkami te adresy e-mailowe wydobyć. Odzew był bardzo mizerny. Od razu powiem w czym rzecz. Wysłałem e-maila o takiej mniej więcej treści: Robimy projekt „Ty też masz Szansę”. Jest to projekt wolontaryjny na rzecz polskiej piłki. Staramy się wydobywać zdolnych chłopaków z niższych lig i jako projekt możemy dla klubu x, y czy z robić taki scouting za darmo, od siebie dla siebie. Głównie zależało nam na marketingu i żeby ktoś o nas w szerszym gronie usłyszał, nie chcieliśmy pomocy finansowej. Mimo, że to było gratis i oferowaliśmy swoje usługi non-profit, to odezwał się do mnie wyłącznie pan Dariusz Motała, który wtedy pracował w GKS-ie Katowice. Poleciałem do Katowic, odbyliśmy ciekawą i konkretną rozmowę na temat tego, co możemy wspólnie zrobić. Pełen profesjonalizm i super podejście do sprawy. Wydaje mi się, że ten pomysł byłby zrealizowany, gdyby nie ciężki czas w Katowiach i brak awansu. Podejrzewam, że gdyby ekstraklasa pojawiła się w Katowicach, to współpraca trwałaby do dziś. Oprócz pana Motały nikt nie odpisał na e-maila, a co dopiero wyraził zainteresowanie pojawieniem się na test-spotkaniu. Ciężko więc mówić, że mieliśmy jakieś sygnały z ekstraklasy. Dopiero gdy Daniel Smuga wypłynął na szersze wody, otrzymaliśmy list od Lecha Poznań z gratulacjami, z informacją, że robimy fajną robotę i ktoś z Lecha się pojawi na najbliższym TTMSZ. To był miły akcent. Docenia to na pewno trener Probierz, z którym miałem okazję zamienić kilka słów na temat wyszukiwania młodych i zdolnych ludzi. Zresztą na test-mecz organizowany przez Cracovię, poleciliśmy jako „Ty Też Masz Szansę” grupę zawodników. Dwóch dotarło na miejsce, a jeden z nich ma okazję pokazać się na początku czerwca na testach w Cracovii. Póki co dwa kluby, Lech i Cracovia dały znak, że robimy fajne rzeczy i można tę współpracę nawiązać. Jeszcze zapomniałem o Śląsku Wrocław. Jest tam w drugiej drużynie Szymon Mikołajczak, który ma otwarty umysł i oczy. Dzięki niemu otworzyła się ścieżka do ówczesnego dyrektora akademii Śląska, trenera Pawłowskiego, który też powiedział, że robimy dobrą robotę.

Ł.K.: Teraz mnie zaskoczyłeś. Robicie coś za darmo, dajecie możliwości zarobienia klubom, bo ostatnie transfery pokazują, że na sprzedaży młodych Polaków można zarobić duże pieniądze, a odezwały się trzy kluby. To trochę dziwne.

E.K.: To jest paranoja. Powiem, jak jest. Nie jesteśmy partnerem do tak zwanych „dealów transferowych”. Dziwię się, że kluby nie korzystają z możliwości transferu młodych piłkarzy z niższych lig. Jednak każdy, kto zna środowisko polskiej piłki wie, że duża część transferów odbywa się za plecami trenerów, sztabów szkoleniowych. Działa jeden wielki układ i ktoś bierze za to pieniądze bokiem. Wszyscy o tym wiedzą, a nikt o tym nie mówi. Są piłkarze, którzy przyjeżdżają z zagranicy, z różnych części świata, siedzą na ławce przez trzy czwarte sezonu, a zarabiają czterdzieści czy pięćdziesiąt tysięcy złotych. Często trenerzy nie mają pojęcia, że dany zawodnik jest pozyskany. Takie rzeczy mają miejsce, nie tylko u nas, ale i w całej Europie. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale tak czasami bywa. Dopóki się tego nie wypleni, a podejrzewam, że będzie z tym ciężko, to nasza piłka będzie w tym miejscu, w którym jest.

Ł.K.: Jak dobrze zrozumiałem, za dwa tygodnie będą dwa test-spotkania.

E.K.: Tak, będą dwa spotkania. Jedno dla rocznika 2000/2001, a drugie dla 1998/1999.

Ł.K.: Czy ktoś, oprócz Lecha, zapowiedział się, że przyjedzie w tym roku obserwować te mecze?

E.K.: Dużo więcej klubów zgłosiło się na czwartą edycję. Wstępnie zgłosili się Radomiak Radom, Wisła Puławy, Zagłębie Sosnowiec, GKS Katowice. Czekam na potwierdzenie od Górnika Zabrze. Będą przedstawiciele Legii Warszawa, Polonii Warszawa, Widzewa Łódź, Olimpii Zambrów, Legionovii, Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, Ursusa Warszawa. Można wymieniać i wymieniać, bo w tym roku zapowiada się duża ilość ciekawych osób. Dodatkowo pojawią się agencje menadżerskie, które pierwszy raz tłumnie się stawiają. Do tej pory z nami była tylko agencja Marcina Matuszewskiego, która zaufała nam od pierwszej edycji. Nie ze względu na nasze stare znajomości, choć z Marcinem znamy się od bodajże trzynastu lat. Razem z Remkiem Lembowiczem stwierdzili, że to super inicjatywa więc może ktoś się trafi. Było kilku chłopców, którzy pokazali się w test-meczach. Mówiąc kolokwialnie „przejęli ich” i te kariery na swój pomysł prowadzą. Ma być agencja FairSport ze Śląska, która też nas wsparła finansowo i ich reklama pojawi się na naszej koszulce meczowej. Zapewne znów zawita do nas Pan Michał Kusiński zdużej agencji F-MG, tak samo, jak w zeszłym roku. Podejrzewam, że będzie dużo mniejszych agencji, ma być przedstawiciel z agencji od Pana Kołakowskiego, więc w tym roku zapowiada się naprawdę dość dużo osób.

Ł.K.: Czyli możemy mówić o „efekcie Daniela Smugi”.

E.K.: Zdecydowanie. Śmieję się, że kiedyś była Citkomania teraz jest Smugomania. Chłopak ma historię niczym z Hollywood. Przeskoczył przez kilka poziomów rozgrywkowych w krótkim czasie, trafił do ekstraklasy, a i w niej rozegrał kilka niezłych spotkań. Jest to motywujące dla reszty chłopców, którzy się do nas zgłaszają, z którymi rozmawiamy. Doskonale zdają sobie z tego sprawę, że biorąc udział w naszym projekcie mają realną szansę pójść gdzieś wyżej. Wydaje mi się, że w środowisku piłkarskim my też wyrobiliśmy sobie swego rodzaju markę. Jeżeli ktoś jest polecony przez TTMSZ to śmiejemy się, że dostał znak jakości „Ty Też Masz Szansę”. Jak był znak jakości Q tak teraz przynajemy znak TTMSZ. Trenerzy chyba też patrzą przychylniej na zawodników poleconych przez nas, niż to było dwa czy trzy lata temu. Nie zastanawiają się już, kim my jesteśmy, w środowisku piłkarskim znają nas, wiedzą czym się zajmujemy. Dzięki temu tych chłopców jest łatwiej, mówiąc brzydko, wypchnąć. Świetny przykład to Tomek Pawlikowski, który w zeszłym tygodniu zaliczył debiut w Wiśle Puławy. To był chłopak, który brał udział w dwóch poprzednich edycjach TTMSZ. Zapraszaliśmy go z uporem maniaka i chcieliśmy go promować, bo moim zdaniem i zdaniem Pawła Wojtasia, który go znalazł, Tomek może grać na bardzo wysokim poziomie. Kwestia szlifu i dotarcia do tego chłopaka, bo talent i potencjał jest. Był wielokrotnie na testach w trzeciej lidze, odbijał się od ściany. Objechał pół Polski, jeżeli chodzi o trzecie ligi i wszyscy mówili „Nie, za wcześnie, nie ten moment”. Trafił w końcu do Puław i to jest trochę na przekór losowi. On tam jechał z zamysłem, że skoro odpalali go w trzeciej lidze, to na drugim poziomie rozgrywkowym również nie da rady. Okazało się, że przypadł do gustu trenerowi bramkarzy i podpisał kontrakt. Kto wie, czy w momencie utrzymania się Puław w 2 lidze (co jeszcze jest możliwe ze względów licencyjnych) będzie pierwszym bramkarzem? Co będzie później, gdy złapie minuty i pewność siebie? Dobrego, młodego golkipera szuka wiele klubów. To też tłumaczę chłopcom podczas test-meczu. Jeżeli jedziesz do jednego klubu i mówią Ci „nie”, to nie oznacza, że masz się nie spakować i za tydzień nie jechać na testy do drużyny z wyższej klasy rozgrywkowej. Możesz trafić na człowieka, któremu twój styl gry się przypodoba i możesz w tej pierwszej czy drugiej lidze zacząć grać. Mimo, że gdzieś niżej powiedzieli ci, że jesteś za słaby. Z Danielem Smugą było podobnie. Jechał do Znicza, do Legionovii i gdyby nie Sulejówek i osoba trenera Łukasza Chmielewskiego, nie wiadomo, w którym miejscu Daniel byłby teraz. Otrzymał zaufanie, dostał rolę na boisku, która pomogła mu w pełni wyeksponować jego walory i chłopak jest w ekstraklasie. Pamiętajmy, że jemu też dużo klubów powiedziało: nie ten moment – jest za słaby lub za młody, nieograny. Nie ma się co poddawać, nigdy nie jest za późno. Można nagle trafić na taką chwilę, gdy ktoś powie: „ok, sprawdzamy” i nagle twoje życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni.

Ł.K.: Tak naprawdę nie tylko dajecie szansę młodym piłkarzom, ale również osobom, które są pasjonatami piłki i zaczynają przygodę ze scoutingiem. Przykładem może być Mateusz Sokołowski, który z tego, co sprawdzałem, ogląda bardzo dużo spotkań i za jakiś czas pewnie dostanie propozycję z jakiegoś klubu.

E.K.: Z Mariuszem Dąbrowskim od początku mieliśmy takie założenie, że byłoby fajnie, gdyby jakiś chłopak od nas, który zaczyna przygodę ze scoutingiem, znalazł sobie pracę „full-time” na etacie w klubie i mógłby z tego zarabiać. Jest to plus dla niego, dla nas i dla piłki, czyli wszyscy wygrywają. Osobiście mogę być zadowolony, że jakiegoś chłopaka wkręciłem w bycie scoutem, w jakiś sposób uczyłem jak to się robi, zdobywa u nas doświadczenie. Przerabialiśmy kilka raportów obserwacyjnych, co robić, na co zwracać uwagę. Tych chłopaków, którzy mają potencjał, by później coś robić w piłce jest sporo. Daniel Dąbrowski, który teraz mocno się zaangażował i otworzył swój fanpage „Scouting Podlasie i Mazury” – kto wie, czy nie trafi kiedyś do lokalnego klubu i będzie pracował na pełnym etacie . Wspomniałeś o Mateuszu Sokołowskim i z nim może być podobnie. Jest jeszcze Paweł Wojtaś, Adam Woźniak, Karol Zakrzewski czy Sebastian Budynkiewicz. Nie biorę wszystkiego na siebie, że to jest mój wymysł i wielki talent. W programach meczowych w tej edycji będzie informacja, który scout znalazł danego piłkarza oraz kontakt do niego. Będzie możliwość znalezienia takiej osoby oraz skontaktowania się, zatrudnienia czy podpytania jak pracuje. Dla nas to nie jest problem, bo chętnych, proszę mi wierzyć, którzy do nas piszą i chcą rozpocząć przygodę ze scoutingiem jest cała masa. Skauting zaczyna być w Polsce dostrzegany i doceniany. My staramy się go jeszcze bardziej rozwijać i napędzać. Jeżeli ktoś pójdzie dalej, to będziemy się cieszyć. Oczywiście, będzie trochę smutno gdy po trzech czy czterech latach dobry człowiek odejdzie do innego klubu, a my stracimy wartościowego scouta. Jednak nie ma ludzi niezastąpionych, ktoś na pewno wskoczy na jego miejsce, złapie bakcyla i stanie się ambitną jednostką, która będzie jeździć po niższych ligach i robić dobre raporty, szukać zawodników, robić wywiady środowiskowe. To jest ogrom pracy, którą się wykonuje, żeby dotrzeć do tego chłopca dogłębnie. Jestem pewien, że z biegiem czasu dostarczymy jakiegoś scouta do ekstraklasy.

Ł.K.: Robiąc scouting non-profit, poziomem i przygotowaniem przewyższacie kluby ekstraklasowe.

E.K.: Czy to robimy? Nie wiem. Jak już się za coś biorę to chce, żeby było zrobione tak jak należy, jak najbardziej PRO z naciskiem na detale. JAKOŚĆ to jest słowo, które uwielbiam. Podejrzewam, że czasami chłopaki mogą mieć mnie dość bo mam dosyć szalone pomysły i cały czas szukam kolejnych ścieżek rozwoju TTMSZ, gdzie często potrzebne jest ich zaangażowanie. Jestem przekonany, że ta edycja będzie przełomowa. Z czterdziestu czterech zawodników, którzy pojawią się na test-meczu, może dwóch będzie ze zgłoszenia. Pozostali to efekt naszej pracy, obserwacji, przygotowanych raportów, opinii trenerów. Są to ludzie, którzy mają statusy lokalnych talentów. Trzeba ich tylko wyciągnąć z niższych lig i dać szansę w poważniejszej piłce. Wiadomo, że podczas meczu dochodzi jeszcze tak zwany czynnik ludzki i dany zawodnik może zagrać bardzo słabo, ale cóż, taki jest futbol. Szczególnie mocno czekam na mecz rocznika 1998/1999, bo dosyć dobrze znam ludzi, którzy wystąpią w tym spotkaniu. Wiem, że mają jakość. Gdy dołożymy do tego monitoring firmy AiCoach, która pozwoli nam uzyskać informację na temat przebytych kilometrów, prędkości i innych wartości związanych z wysiłkiem fizycznym będziemy mieli wszystko jak na dłoni. Dodatkowo każdy z nich będzie miał gdzieś z tyłu głowy – „Oni wiedzą czy się lenię czy nie, czy pracuję czy nie. Muszę dać z siebie maxa”. Będzie to dla nich dodatkowa motywacja.

Ł.K.: Nie licząc „Ty Też Masz Szansę”, jesteś zaangażowany w Victorię Londyn, z którą w tym roku zrobiłeś awans. W następnym sezonie też celem jest promocja do wyższej ligi?

E.K.: Jeżeli chodzi o Victorię, to z Tomkiem Słowiakem i Robertem Błaszczakiem mamy nastawienie „amerykańskie”, czyli najpierw rób później planuj! Z roku na rok głowa podniesiona wysoko, wystawione łokcie i napieramy. Najpierw myślimy o tym, by stworzyć zespół, który wywalczy awans, dopiero później zaprzątamy sobie głowę resztą spraw. Wynik to jest coś, co nas najbardziej interesuje. Zakładając klub, sam z siebie powiedziałem, że zrobię trzy awanse pod rząd. Mamy już trzech nowych zawodników, którzy do nas dołączyli po jednym z otwartych treningów, rozmawiamy z kolejnymi. Dwóch piłkarzy najprawdopodobniej dojedzie do nas z Polski. Czasami, gdy patrzę, kto do nas pisze, czy może u nas zagrać, to aż serce się raduje, że nasza praca jest doceniana. Dwa tygodnie temu odezwał się Kamil Witkowski, który grał w Cracovii. Osoba dość dobrze znana w polskiej piłce. Pisał do mnie, to już było przerabiane w wielu wywiadach, Mariusz Ujek, ale wtedy nie byliśmy w stanie spełnić czegokolwiek, bo klub raczkował. Teraz również odezwał się bramkarz, Sebastian Kosiorowski, który grał w lidze szkockiej oraz w Koronie Kielce. Odgrzebuje też ludzi, z którymi grałem, bądź których pamiętam z czasów penetrowania niższych lig dla Polonii Warszawa. Oferujemy im pracę w Wielkiej Brytanii oraz grę w piłkę. Nie ukrywam, że rozmawiam z Pawłem Kowalkowskim, dość dobrze znanym na Mazowszu. W niższych ligach strzelał po dwadzieścia, trzydzieści bramek w sezonie. Był testowany w Koronie Kielce i w Polonii Warszawa za czasów trenera Stokowca. Również rozmawiamy z Rafałem Olszewskim z MKS-u Ciechanów, dość wyrazistą postacią tego zespołu. Jest to zawodnik, który pasuje do stylu angielskiego gry. Takich zawodników będziemy szukać. Intensywność w Anglii jest bardzo wysoka, gra jest agresywna i przede wszystkim trzeba mieć charakter, dopiero później umiejętności, by sobie tu poradzić. Kto wie? Może ktoś z poprzednich edycji TTMSZ również do nas dołączy… Rozmowy trwają.

Ł.K.: Ta intensywność jest tak duża, że przypominają się czasy Vinniego Jones’a?

E.K.: (śmiech) Aż tak duża nie. Wielu ludzi po obejrzeniu naszego spotkania, pyta nas wprost: Jak się tu szybko gra? Mimo tego, że to jest niski poziom rozgrywkowy, ludzie w internecie piszą nawet „śmieszny”, ale proszę mi wierzyć, że przeciwnik nigdy nie leży na boisku i nie czeka, by strzelić mu siedem bramek. Angielska piłka niższych lig jest kojarzona z zadziornością, walecznością i często jest tak, że w dziewięćdziesiątej minucie przeciwnicy wychodzą wysokim pressingiem i robią wślizgi w kierunku obrońców. W Polsce, nawet w trzeciej czy czwartej lidze, jest więcej szukania wolnej przestrzeni, piłka krąży od obrońcy do obrońcy, a tutaj można przegrać piłkę raz od prawej do lewej i już dwóch napastników na tobie „siada” w bocznym sektorze. Dlatego mam wielki szacunek do naszych zawodników za wykonanie świetnej roboty w ostatnich dwóch sezonach. Dwa awanse w dwa sezony to nie było łatwe zadanie.

Ł.K.: Stary, dobry angielski futbol.

E.K.: Dokładnie, tak to wygląda. Wiadomo, często piłka lata nad głowami, nie będę tego ukrywał, jednak intensywność gry jest bardzo duża. Nawet chłopaki, którzy grali w Polsce w pierwszej lidze mówią, że futbol tutaj jest intensywniejszy.

Ł.K.: Dwa lata temu powiedziałeś, że chcesz być pierwszym Polakiem, który poprowadzi klub w Premier League. Robisz już dalsze licencje UEFA, by się przybliżyć do tego celu?

E.K.: Mam już zrobiony kurs UEFA B, który zrobiłem za czasów pobytu w Polonii Warszawa. Jestem już zapisany w Walijskim Związku Piłki Nożnej na kurs UEFA C. Każdy może teraz powiedzieć, że robię krok do tyłu, ale to też nauka, kolejne doświadczenie, inna federacja i ścieżka rozwoju. Ten kurs będzie trwał od września do grudnia. Kurs został opłacony przez klub więc tym bardziej się cieszę, że otrzymałem wsparcie w dalszym rozwoju osobistym. W przyszłym roku będę chciał się zgłosić na kurs UEFA A w PZPN-ie. Mam nadzieję, że finanse na to pozwolą. A co później? Zobaczymy. Mam również zaproszenie do Korei Południowej z którego nie skorzystałem w zeszłym roku. Może uda się wszystko tak poukładać, żeby wybrać się tam w tym roku. Oczywiście wszystko związane z futbolem. Miałbym spędzić tam 7-10 dni odwiedzając lokalne akademie oraz kluby piłkarskie plus prowadzić treningi w jednej z lokalnych akademii piłkarskich mojego znajomego. Możliwości są…Tylko tak jak powiedziałeś na samym początku. Doba jest za krótka. Cieszy jednak to, że ktoś docenia to co robię. Nawet w tak odległym kraju.

Ł.K.: Czyli „step by step”.

E.K.: Dokładnie, jeść małą łyżeczką. Mam jeszcze w planach zrobić kilka kursów scoutingowych, które są dostępne w Szkocji czy w Anglii. Rozwój jest zaplanowany, tylko zostaje kwestia finansowa oraz kwestia wolnego czasu, by na takie szkolenia się udać. Trzeba pamiętać, że priorytetem są kolejne awanse Victorii oraz kolejni zawodnicy na krajowym poziomie, którzy wybiją się z TTMSZ. „Rób swoje, a ludzie niech mówią co chcą!”.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

fot. emilkot.com

1 thought on “Emil Kot: „Rób swoje, a ludzie niech mówią co chcą!””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.