Emil Drozdowicz:” Jestem czasem trochę niedoceniany, za to, co zrobiłem”

 

Były piłkarz Arki Gdynia, Wisły Płock – Emil Drozdowicz w rozmowie o pobycie w Niecieczy, lubuskiej piłce, biedzie w GKP Gorzów. 

Łukasz Karpiak: Lubi pan zwiedzać Polskę?

Emil Drozdowicz: Jeżeli chodzi o turystykę, to lubię podróżować. Jestem aktywnym turystą, który jadąc na wakacje, nie leży na plaży, tylko zwiedza. Jeżeli chodzi o piłkę – wolałbym mieć bardziej ustabilizowane życie, w sensie, jeżeli dostaje w klubie jakieś zadania, to chciałbym je ciągnąć do końca.

Ł.K.: I to się chyba nie udało. Patrząc na pana karierę, to zwiedził pan Górny i Dolny Śląsk, Małopolskę, Pomorze, Mazowsze, Lubuskie.

E.D.: Przede wszystkim pochodzę z Lubuskiego, gdzie wiadomo, na jakim poziomie jest piłka. W pewnym momencie musiałem stamtąd uciekać. Chciałem się rozwijać i musiałem zmienić klub na bardziej perspektywiczny. W perspektywie czasu okazało się, że to był dobry ruch. Przenosząc się przykładowo na Śląsk, do Polonii Bytom, otrzymałem szansę gry w ekstraklasie po upadku GKP Gorzów. Można powiedzieć, że to była moja pierwsza przygoda z ekstraklasą. Wcześniej miałem kompletnie nieudany epizod w Gdyni. Po Polonii Bytom trafiłem do Niecieczy i tam w końcu zostałem na dłużej – grałem w Termalice pięć lat.

Ł.K.: Wracając do Lubuskiego, mówi się, że jest to kuźnia talentów, jednak klubu stamtąd mają problem z dłuższym zagoszczeniem w wyższych ligach. Dlaczego tak się dzieje?

E.D.: Zbyt dużo czynników się na to składa. Przede wszystkim największym sportem, takim który przyciąga najwięcej kibiców, jest żużel. Po drugie, jednym z większych problem jest całe zarządzanie lubuską piłką. Zarząd lubuskiego związku w dużej mierze przyczynia się do tej sytuacji. Kluby nie są odpowiednio wspierane, zbyt dużo problemów powstaje na linii prezesi klubów – działacze związkowi. Tak mi się wydaje, że to są główne przyczyny, dlaczego nie ma tam dobrej piłki.

Ł.K.: Lechia dała panu możliwość wybicia się do lepszego zespołu. Miał pan okres w Zielonej Górze, że strzelał pan jak na zawołanie.

E.D.: W tamtym momencie Zagłębie się po mnie zgłosiło. Jednak gdy byłem w Gorzowie, otrzymywałem więcej ofert od klubów.

Ł.K.: W Zagłębiu rozegrał pan łącznie dwa spotkania: jedno w Pucharze Ligi, drugie w Młodej Ekstraklasie.

E.D.: Dobrze pamiętam mecz z Pucharu Ligi – wygraliśmy 1:0 z Polonią Bytom po bramce Piotrka Włodarczyka.

Ł.K.: Miał pan się od kogo uczyć gry w ataku.

E.D.: Jasne, zresztą dla mnie, chłopaka z Zielonej Góry, to było duże wyróżnienie. Zagłębie było aktualnym Mistrzem Polski, więc tym bardziej cieszyłem się z tych występów. Wcześniej oglądałem ich tylko w telewizji. Mimo wszystko, wchodząc do tej szatni, nie miałem żadnych obaw. Czułem się dobrze piłkarsko i nie bałem się rywalizacji z tak dobrymi piłkarzami.

Ł.K.: Jednak w Zagłębiu był pan bardzo krótko.

E.D.: Nie byłem na kontrakcie. Byłem tam na testach, te dwa mecze miały posłużyć sztabowi szkoleniowemu do oceny mojej przydatności dla zespołu. Po okresie testów doszło do rozmów pomiędzy Zagłębiem a Lechią. W Zagłębiu trener był Rafał Ulatowski, który chwalił mnie na treningach. Jednak nic z tego nie wyszło i wróciłem do Lechii. Po pewnym czasie pojechaliśmy na obóz do Niechorza, Zagłębie również tam przebywało. W Zielonej Górze trenerem był Jarek Miś, który dobrze znał trenera Ulatowskiego. Porozmawialiśmy wspólnie o tym, dlaczego nie odszedłem do Zagłębia. Okazało się, że w dużej mierze przyczynili się do tego działacze zielonogórscy, którzy utrudniali rozmowy oraz zaproponowali zaporowe warunki.

Ł.K.: Patrząc z perspektywy czasu, nie wstrzymało to pana kariery?

E.D.: Bardziej żałuje późniejszego okresu. Po tej sytuacji dograłem sezon w Zielonej Górze i odszedłem do GKP Gorzów. GKP grało wtedy w pierwszej lidze, w swoim debiutanckim sezonie strzeliłem 14 bramek. Jak na dwudziestolatka to był niezły wynik. Po tym sezonie miałem dużo ofert, a wybrałem najgorzej jak mogłem.

Ł.K.: Co zaważyło na tym, że nie udało się panu podbić Gdyni? Po transferze przedstawiano pana jako młodego utalentowanego napastnika, a tak naprawdę nie otrzymał pan szansy gry w Arce.

E.D.: Kiedy podpisałem kontrakt, dyrektorem sportowym Arki był Piotr Burlikowski. Bardzo chciał mnie ściągnąć do Gdyni, tak naprawdę to on miał największy wpływ na mój wybór. Już wcześniej miałem z nim dobry kontakt. W zespole Arki dobrze się czułem, więc na moje niepowodzenie nie miała wpływu atmosfera. Trenerem był Marek Chojnacki, który mnie wcześniej obserwował, miałem z nim też rozmowy przed transferem i namawiał mnie do przyjścia do Arki. Wiadomo, byłem młody, ekstraklasa była dla mnie czymś nowym, jednak nie czułem, żebym odstawał od chłopaków. Walczyłem o swoje i nie poddawałem się. Jestem trochę nieśmiały, miałem pewne problemy z komunikacją z resztą drużyny, jednak po pewnym czasie wszystko się unormowało. Po miesiącu doszło do zmiany na stanowisku dyrektorskim – odszedł pan Burlikowski, w jego miejsce przyszedł pan Czyżniewski. Można powiedzieć, że miał duży wpływ na to, jak skończyłem przygodę z Arką. Dla mnie to był kluczowy moment. Gdybym wybrał inny klub, to kompletnie inaczej by się to potoczyło. Ten wybór był zły, niestety życie tak się potoczyło i nie mam już na to wpływu.

Ł.K.: Pojawiły się chwile zwątpienia?

E.D.: Nie, nie było takiego momentu. Cały czas miałem swoje marzenia, jakieś cele i cały czas do tego dążyłem. Mimo niepowodzeń wiedziałem, że kiedyś w końcu otrzymam szansę gry.

Ł.K.: Jak to się stało, że podpisał pan kontrakt z Polonią Bytom w maju i zdążył pan wystąpić jeszcze w trzech ostatnich kolejkach sezonu.

E.D.: W tym momencie miałem taką możliwość dzięki upadkowi GKP Gorzów. Po odejściu z Arki wróciłem do Gorzowa, spędził tam rok. Niestety, klub przestał normalnie funkcjonować, w pewnym momencie kibice zrzucali się nam na autokar, żebyśmy mogli jeździć na mecze wyjazdowe. Dłużej tego nie mogliśmy ciągnąć… W pewnym momencie, wraz z kilkoma chłopakami, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy młodzi, możemy jeszcze coś osiągnąć, że trzeba za coś żyć i złożyliśmy wnioski o rozwiązanie kontraktu z winy klubu.

Ł.K.: O niepłaceniu piłkarzom jest teraz głośno dzięki Wiśle Kraków, która nie płaciła swoim zawodnikom po kilka miesięcy. U pana, biorąc pod uwagę zarobki piłkarzy w Gorzowie, opóźnienie w płatnościach było zapewne bardzo odczuwalne. Często pan prosił rodzinę o pomoc?

E.D.: Były dwa momenty, w których rodzina bardzo mocno mi pomagała. Pierwszy okres to pół roku po odejściu z Arki. Od gdyńskiego klubu nie otrzymałem żadnych pieniędzy, długo się z nimi sądziłem. Część pieniędzy odzyskałem, ale długo to trwało. Wtedy rodzina bardzo mi pomogła, dzięki niej mogłem normalnie funkcjonować, skupić się na graniu w piłkę. Drugi okres to właśnie pobyt w Gorzowie. Były takie momenty, w których kibice zrzucali się nam na obiad przed meczem, żebyśmy nie wychodzili głodni na boisko czy podrzucali jedzenie na trening. Gdyby nie to, dużo szybciej byśmy odeszli. Kibice przedłużyli o kilka miesięcy „życie” klubu.

Ł.K.: Czyli w lodówce była pustka i gdyby nie kibice, to żyłby pan na zupkach chińskich.

E.D.: Dokładnie. To były jedyne momenty, w których potrzebowałem pomocy rodziny. Na początku mojego pobytu w Gorzowie było bardzo dobrze. Płacili fajnie, jak na warunki pierwszoligowe, dużo dobrych piłkarzy przyszło do klubu. W pewnym momencie się to skończyło i niestety klub przestał funkcjonować normalnie. Ta sytuacja odbiła się dużą czkawką i zapewne ma wpływ na to, jak teraz GKP wygląda.

Ł.K.: Transfer do Niecieczy, w takim układzie, to była miła odskocznia. Stabilny, wypłacalny klub…

E.D.: Dokładnie. To była jedna z lepszych decyzja mojego menadżera, bo on miał duży wpływ na to, że tam wylądowałem. Termalica już wcześniej się ze mną kontaktowała, także to nie jest tak, że to był transfer, który spadł mi z nieba. Klub z małej wsi chciał robić dużą piłkę i powiedzmy, że im się udało. Wiadomo, że nie od razu wszystko zbudowano, jednak fajnie było uczestniczyć w tym projekcie.

Ł.K.: Nie miał Pan problemu z przenosinami do Niecieczy? Był Pan w Gdyni, Zielonej Górze a tu przeprowadzka do małej Niecieczy.

E.D.: Jedynymi moimi obawami było to, że będę daleko od domu i że będę w klubie, który jeszcze nic nie osiągnął. Jadąc tam wiedziałem, że mogę mieć duży wpływ na to, jak będzie wyglądała historia tego klubu. To była moja motywacja – pomóc stworzyć coś, czego wcześniej ten klub nie miał. To było dla mnie coś pięknego, że było mi dane przez 5 lat budować historię klubu.

Ł.K.: Mieszkał pan w Niecieczy?

E.D.: Wszyscy mieszkaliśmy w Tarnowie, które jest miastem 100 tysięcznym. Życie tam niczym nie różni się od życia w Gorzowie czy Gdyni. Jedynym utrudnieniem było to, że wszystko było tam budowane od podstaw. Właściciele co pół roku musieli coś dokładać, tylko po to, żeby ten klub wyglądał tak, jak teraz wygląda.

Ł.K.: Gdyby powstała „Galeria Chwały Niecieczańskiej Piłki” to byłby zapewne tam pan umieszczony. Regularnie strzelał pan bramki, wydatnie pomógł w awansie do ekstraklasy.

E.D.: W sezonie, w którym robiliśmy awans, strzeliłem 16 bramek, zostałem vice królem strzelców. Żałuję, że po awansie nie wytrzymałem ciśnienia, bo mogłem być tam dłużej. Zauważyłem jednak, że trenerzy inaczej zaczęli budować zespół, mocno inwestowali w zagranicznych zawodników. Wiedziałem, że muszę coś zmienić, żeby się rozwijać.

Ł.K.: I dlatego trafił pan do Wisły Płock, w której spotkał pan specjalistę od awansów – trenera Kaczmarka.

E.D.: Przede wszystkim trener Kaczmarek bardzo chciał mieć zawodników, którzy znają smak awansu do ekstraklasy. Szkoleniowiec ma duży talent, bo tak to trzeba nazwać, do wyboru zawodników, którzy wychodzą na boisku. My nie robiliśmy żadnych nadzwyczajnych rzeczy, po prostu wychodziliśmy na murawę i wiedzieliśmy co mamy robić. Bazowaliśmy na prostych, ale skutecznych pomysłach.

Ł.K.: Płock jest jednym z większych miast w których pan grał, ale mam wrażenie, że piłka nożna nie jest tam sportem numer 1.

E.D: To jest takie wrażenie. W Płocku jest duże zainteresowanie piłką. Co prawda, gdy byliśmy w pierwszej lidze, rozpoznawalność zawodników nie była duża. Gdy awansowaliśmy, to zauważyliśmy zmianę. Dużo osób nas znało, gratulowało gry w ekstraklasie. To było fajne. Chociaż wiadomo, stadion nie jest najnowszy i może stąd powstaje wrażenie, że Płock to nie jest piłkarskie miasto.

Ł.K.: Po awansie do ekstraklasy ciężko było zrobić zakupy w galeriach handlowych?

E.D.: Nie, aż tak to nie. Byliśmy rozpoznawalni i każde wyjście kończyło się rozmową z kibicem.

Ł.K.: Ma pan trochę pecha? Przychodził pan do klubów, które walczyły o awans do ekstraklasy, pomagał pan w wywalczeniu awansu, a następnie musiał pan odchodzić z klubu.

E.D.: W pewnym sensie to może być pech, pewnie też jest trochę w tym mojej winy. Różnie można to interpretować. To jest trochę tak, że jestem czasem trochę niedoceniany, za to, co zrobiłem. Wiem, że w tych klubach, w których byłem, to nie była kwestia sporów między mną a trenerami, tylko kluby wybrały inną drogę budowy zespołu. Nie byłem częścią większej wizji.

Ł.K.: Zauważyłem ciekawą rzecz. Był pan bardzo nieregularnym zawodnikiem pod względem zdobywanych goli. Były sezony, w których seriami trafiał pan do siatki, by w następnym sezonie praktycznie nie strzelać bramek. Czy to nie jest tak, że był pan postrzegany jako zawodnik, który jak się zatnie, to nie da się go odblokować?

E.D.: Czasami też miałem takie wrażenie. W pewnym momencie zacząłem analizować, dlaczego tak się działo. Często jestem postrzegany jako zawodnik, który dobrze gra głową i jest statyczny. To nie jest prawda, moim atutem jest mobilność. Z tego powodu trenerzy uważali, że skoro tak dużo biegam, mogę zagrać czy to na skrzydle, czy jako „dziesiątka”. W pewnym momencie zacząłem uważać, że nawet jak miałem dobry sezon – jak w Termalice, gdy robiliśmy awans – to czułem zaufanie trenera i grałem jako dziewiątka. Grałem tylko na jednej pozycji i czułem, że w grze łapie pewne automatyzmy, wszystko przychodzi mi łatwo. Po awansie trener przestał postrzegać mnie jako napastnika, zaczął mi szukać pozycji na boku pomocy. W ekstraklasie mam więcej spotkań na boku pomocy niż w ataku (śmiech). To miało wpływ na to, jak się potoczyła moja kariera. Jestem uniwersalnym zawodnikiem i często trenerzy szukali u mnie innej pozycji.

Ł.K.: A to nie jest też trochę, nie chce powiedzieć wina…

E.D.: Jest moja wina, ponieważ taki mam styl gry. Jestem czasem za bardzo rozbiegany, za bardzo koncentrowałem się na tym, żeby słuchać trenerów i szukać sobie miejsca na boisku. Często na tym traciłem, gdyż za bardzo szukałem sobie miejsca i nie było mnie tam, gdzie powinienem być, czyli w polu karnym.

Ł.K.: Trener Lenczyk mówił o takich piłkarzach „Jeźdźcy bez głowy”.

E.D.: Dokładnie. Ja często sam siebie tak nazywałem po nieudanych spotkaniach (śmiech).

Ł.K.: Jednak wracając do winy – nie chodziło mi o zachowanie na boisku. Bardziej zmierzałem do tego, że może zabrakło panu odwagi, by szczerze porozmawiać z trenerem i powiedzieć: „Niech trener da mi szansę w ataku, udowodnię, że tam najlepiej się czuję”.

E.D.: Nie jestem typem zawodnika, który pójdzie do trenera i będzie narzekać. Wolałem udowadniać swoją przydatność na treningach. Nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać trenera, dlaczego występuję na skrzydle czy na dziesiątce. Rola trenera jest taka, że to on wybiera. Ja jako zawodnik muszę być gotowy na każdą decyzję trenera.

Ł.K.: W Chojnicach planuje pan zostać na dłużej.

E.D.: Niekoniecznie, choć nie wiem, co przyniesie przyszłość. Bardzo zmieniły się plany kluby. Ambicje były ogromne, dokonywano ciekawych transferów, a skończyło się, jak się skończyło. W sumie jeszcze się nie skończyło, ale nie wygląda to dobrze. Zapewne drużyna bardzo się zmieni i najprawdopodobniej w czerwcu będę musiał zmienić klub. Teraz koncentruje się na tym, żeby dać z siebie wszystko, chcę by ludzie w Chojnicach, dobrze mnie wspominali. Przez pół roku może dużo się zmienić, na ten moment chcę udowodnić swoją wartość.

Ł.K.: Zastanawiał się pan, co będzie pan robił po zakończeniu kariery?

E.D.: Myślę o tym, może w kierunku szkoleniowym pójdę? Plan już mam, ale jeszcze może się zmienić. Właśnie jestem w trakcie robienia licencji trenerskiej B, także powoli zabezpieczam swoją przyszłość.

Ł.K.: Pytam, bo ostatnio Jurgen Klopp zatrudnił trenera specjalizującego się w wyrzutach z autu. Gdy był challange firmy Cinkciarz, „pozamiatał” pan konkurencję. Może warto iść w tym kierunku.

E.D.: Możesz zabawić się w menadżera. Jeżeli ci się uda polecić moją osobę, to będzie fajnie (śmiech).

Łukasz Karpiak

 

fot. /gol24.pl/ Michał Gąciarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.