Edi Andradina: „Mój cel to pokazać się, wypromować kilku młodszych chłopaków, którzy mogą grać wyżej”

Do Polski przyjechał po przygodzie w Rosji i Japonii. Bardzo dobrze wspominany zarówno w Pogoni jak i Koronie Kielce. O karierze, „brazylijskiej Pogoni” porozmawiałem z Edim Andradiną.

Łukasz Karpiak: Jakie są Pana pierwsze wrażenia po objęciu Piasta Żmigród?

Edi Andradina: Bardzo pozytywne. Najważniejsze, czyli organizacja, jest na bardzo wysokim poziomie. Dodatkowo pracują tam ludzie, którzy kochają ten klub i zrobią wszystko, by w Piaście wszystko dobrze funkcjonowało. Mają bardzo duży szacunek do piłki, piłkarzy oraz do ludzi, którzy przyjeżdżają na testy. Jestem miło zaskoczony tym, co tutaj zastałem.

Ł.K.: Często zdarza się, by na prezentacji nowych zawodników przez Santos, Pele wręczał koszulki meczowe?

E.A.: Kiedyś był taki okres. Gdy był w stu procentach zdrowy, to często bywał na prezentacjach nowych zawodników. Oczywiście, nie zawsze, jednak zdarzało się to często. Akurat ja też dostałem tę koszulkę. Wtedy to nie było nic specjalnego, po prostu klub korzystał z sytuacji, że Pele był w drużynie, więc to było dosyć standardowe przywitanie piłkarzy.

Ł.K.: Dla Pana, mimo wszystko, było to chyba wielkie przeżycie?

E.A.: Powiem Panu, że mimo częstego pojawiania się Pele, nie spodziewałem się, że będzie taka sytuacja. Jasne, to było przyjemne doświadczenie, jednak po wszystkim nie myślałem o tym dłużej.

Ł.K.: Pana przygoda z Santosem trwała tylko rok. Czego zabrakło, by na dłużej zadomowić się w tym utytułowanym klubie?

E.A.: Dużo spraw o tym zadecydowało. Zabrakło trochę umiejętności, nie grałem też na pozycji, na której najlepiej się czułem. Mimo wszystko rozegrałem kilka spotkań, strzeliłem parę bramek. Dodatkowo, Santos trenował były trener Realu Madryt, Luxemburgo, któremu nie wpadłem w oko pod kątem umiejętności. Santos ma dwudziestu kilku piłkarzy na wysokim poziomie i nie każdy będzie tu grał. Akurat tak się złożyło, że na jedno ze spotkań przyjechali ludzie z Rosji i wpadłem im w oko. Przez rok walczyli z Santosem o mój transfer. W końcu dopięli swego.

Ł.K.: W Arsenale Tuła był Pan dwa lata. W Rosji strzelił Pan czterdzieści bramek. Nie pojawiała się żadna oferta z zachodu. Czy transfer do Japonii był Pana świadomym wyborem?

E.A.: Były oferty z Spartaku Moskwa, CSKA oraz z Kaiserslautern. Kiedyś miałem marzenie, żeby poznać Japonię, więc ta propozycja była najlepsza dla mnie. Dodatkowo pochodzę z biednej rodziny, więc wiadomo, że finanse też trochę o tym decydowały. Jednak różnica w zarobkach była nieduża, więc zdecydowałem się pojechać do Japonii.

Ł.K.: Ciężko było się przestawić z brazylijskiego stylu życia na japoński?

E.A.: Wbrew opinii, nie jest tak, że Brazylijczycy tylko się bawią. Na początku praca, praca, praca, a potem zabawa. Ludzie nie narzekają na to, jak żyją, a odbierane to jest, że się tylko bawią. Bywa ciężko i biednie, ale wiemy kiedy można hasać. Przykładowo- wszyscy robią grilla dla znajomych. Jedyna różnica jest taka, że biedniejsze osoby kupują tańsze mięso, a bogatsi jedzą mięso lepszej jakości. Najciężej było mi się zaadaptować w Rosji. Mieszkają tam twardzi ludzie, nie uśmiechają się. W Japonii jest miłe społeczeństwo, bardzo kulturalne i pracowite. Dużo dał mi wyjazd do Kraju Kwitnącej Wiśni, bo nauczyłem się pokory, szanować bliźnich, a wcześniej tego nie miałem.

Ł.K.: Nie tylko rozwinął się Pan piłkarsko, ale również jako osoba.

E.A.: W Japonii gra się na dużej szybkości i trzeba mieć naprawdę duże umiejętności, by sobie tam dać radę. Gdy kibice mówili, że Polska ma łatwiej, bo trafili Japonię w Mistrzostwach Światach, ja wiedziałem, że nie będzie łatwo. Naprawdę Japończycy są dobrzy technicznie. Nie ma w ich grze dużej agresji, ale nie muszą grać twardo, bo są szybcy. Liga japońska jest najcięższą ligą, w jakiej grałem.

Ł.K.: Jednak mało Japończyków wyjeżdża do Europy. Piłkarze nie chcą przechodzić do klubów europejskich. Czy działy scoutingu traktują ten rynek po macoszemu?

E.A.: Nie wiem, jak to wygląda teraz. Ale kiedy byłem w Japonii, zawodnicy naprawdę zarabiali bardzo dobre pieniądze. Było dużo sponsorów, często kręcono kampanie reklamowe z piłkarzami. To jest bardzo bogaty kraj, więc ciężko stąd wyjeżdżać. Dodatkowo w Japonii są tylko dwie ligi. Nie ma szans, by przy tak małej ilości piłkarzy, było dużo transferów na zachód. To nie jest jak w Brazylii, że masz kilka lig i w każdej znajdziesz jakiegoś piłkarza, którego możesz sprowadzić do Europy. Tak, jak wspomniałem wcześniej, liga jest na wysokim poziomie, więc dla piłkarzy samo uczestniczenie w tych rozgrywkach to wyzwanie. Dużo szybkiej gry na małej przestrzeni.

Ł.K.: Gdy wrócił Pan z Japonii do Brazylii, ciężko było się przestawić na inny futbol?

E.A.: Było bardzo ciężko. Od mojego wyjazdu zagranicę minęło sześć lat i długo się przystosowywałem. Szatnia w Brazylii jest bardzo głośna, było dużo śmiechu. Przez mój pobyt poza ojczyzną przyzwyczaiłem się do innego funkcjonowania. W Rosji oraz w Japonii jest skupienie, cisza, koncentracja przez treningiem czy przed meczem. Bardzo mi przeszkadzało to, co zastałem w Brazylii. Dużo dał mi ten okres wojaży zagranicą. Oprócz umiejętności piłkarskich, inaczej zacząłem patrzeć na piłkę.

Ł.K.: Spora różnica w mentalności piłkarzy.

E.A.: I to bardzo. W Rosji zawodnicy przychodzili do szatni i każdy myślał tylko o spotkaniu, czy treningu. W Brazylii dużo śmiechu, rozmów o tym, co robili wieczorem, z kim pili. Japończycy też rozmawiali, ale robili to spokojniej, bez krzyków. Brazylijczycy są bardziej emocjonalni.

Ł.K.: Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe do Szczecina?

E.A.: Nie byłem zaskoczony, bo wbrew pozorom, nie ma aż tak dużej różnicy między Polską, a Rosją. Teraz widzę więcej różnic, jednak dla Brazylijczyka na początku to bardzo podobne kraje. Bardzo mocna zima, treningi w zimę przy dużym śniegu, więc na początku wydawało mi się, że jest tak samo.

Ł.K.: Czy pod względem piłkarskim polska liga odpowiadała Panu? Mimo wszystko, w naszej ekstraklasie gra się bardzo siłowo.

E.A.: Liga podobna do rosyjskiej ekstraklasy, co mi odpowiadało. Kiedy byłem piłkarzem, lubiłem grać przeciwko drużynom, które używały agresji, siły. Zawsze byłem inteligentnym zawodnikiem i potrafiłem swoją techniką radzić sobie z taką grą. Dodatkowo, miałem dobry przegląd pola. Nigdy nie byłem szybki, jednak szybko myślałem, przez co było mi łatwiej radzić sobie z rywalami.

Ł.K.: Projekt „brazylijska Pogoń” miał szansę się udać?

E.A.: Miał szansę, ale nie w ciągu pół roku. To było źle zorganizowane. Ściągnięto dużo piłkarzy w krótkim czasie, potem ich zamknięto w jednym ośrodku poza miastem. Nie mieli życia osobistego, tylko trening- ośrodek, trening- ośrodek. Ja na szczęście posiadałem swoje mieszkanie w Szczecinie, bo to było jedno z moich wymagań. Inaczej nie zostałbym w Pogoni. Miałem normalne życie, co było widać na boisku. Zresztą, ci piłkarze, którzy trafili do Szczecina, naprawdę potrafili grać w piłkę, tylko byli zmieniani co pół roku. Nie da się tak stworzyć zespołu.

Ł.K.: Brak zgrania?

E.A.: Jasne. Nawet jakbyś grał samymi Polakami, to jeśli będziesz ich zmieniał co pół roku, nie ma szans, by osiągnąć wynik.

Ł.K.: Zamknięcie piłkarzy w ośrodku też nie było najlepszym rozwiązaniem, by zbudować zespół.

E.A.: Trzeba prowadzić normalne życie, czuć wolność. To nie było normalne. Ci chłopcy mieli ciężko przez to.

Ł.K.: Pogoń spadała, jednak Pan dobrze zapisał się w pamięci kibiców ze Szczecina.

E.A.: Miałem łatwiej, bo już wcześniej byłem w klubie. Wtedy była normalna mieszkanka, dużo Polaków, kilku obcokrajowców. Wtedy było łatwiej robić wyniki.

Ł.K.: Kibice Pogoni nawet zastrzegli numer, w którym Pan występował na boisku.

E.A.: Byłem bardzo zaskoczony, bo nie myślałem, że aż tak dobrze mnie wspominają. Mimo wszystko, uważam że zasłużyłem na to. Dla Pogoni wykonałem bardzo dobrą robotę, teraz mogę podziękować kibicom za to, że to dla mnie zrobili.

Ł.K.: Następnie trafił Pan do Kielc, gdzie również nie zaniżał Pan poziomu.

E.A.: Cały czas byłem bardzo skupiony na swojej pracy. Moja umiejętność piłkarska pozwalała mi na to, że wszędzie gdzie grałem, radziłem sobie. Po treningu szedłem do domu się regenerować i czekałem na następne zajęcia. Może inaczej by się to potoczyło, gdybym był w Brazylii. Tutaj byłem, mimo wszystko, daleko od pokus, więc mogłem się skupić na pracy.

Ł.K.: Nie było imprez?

E.A.: Imprezy były, ale wszystko jest dla ludzi. Trzeba wiedzieć, kiedy można się zabawić, a kiedy trzeba skupić się na zajęciach. Pobyt w Japonii dużo mnie nauczył w tym aspekcie.

Ł.K.: Jak Pan traktował wypowiedzi, że „Facet z brzuszkiem robi w ekstraklasie, co chce”?

E.A.: Nie kłamali (śmiech). Wiesz, miałem robione badania przed sezonem i zawsze były bardzo dobre. Niestety zawsze było więcej tkanki tłuszczowej niż mięśni. Przygotowanie fizyczne miałem bardzo dobre. Lekarze, którzy mnie badali byli zdziwieni, że mimo brzuszka, osiągałem tak dobre wyniki. Oczywiście, musiałem uważać na to, co jem, by jeszcze bardziej nie przytyć. Ale to nie przeszkadzało mi dobrze grać.

Ł.K.: Jakie są Pana plany na najbliższy rok?

E.A.: Chwilowo skupiam się na pracy z Piastem. Jest takie powiedzenie „Nie każdy dobry piłkarz jest dobrym trenerem”. To jest racja. Być piłkarzem to coś zupełnie innego, niż być trenerem. Jednak dużo widziałem, dużo się nauczyłem i wierzę w siebie. Mój cel to pokazać się, wypromować kilku młodszych chłopaków, którzy mogą grać wyżej.

 

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

fot sport.onet.pl

1 thought on “Edi Andradina: „Mój cel to pokazać się, wypromować kilku młodszych chłopaków, którzy mogą grać wyżej””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.