Bartosz Kot: „Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć solidną markę polskiego specjalisty”

W Polsce na brak zajęć nie mógł narzekać – współpraca z między innymi z AZS Warszawa, czy You Can Dance zajmowała dużo czasu. Bartosz Kot postanowił zaryzykować i wyjechał do Chin – tam pracuje Shanghai Research Institute of Sports Science oraz współpracował z Chińską Kadrą Olimpijską. Poznajcie Polaka, mieszkającego w Chinach, którego kariera rozwija się bardzo dobrze.  

Łukasz Karpiak: Będąc w Polsce, nie narzekałeś na brak zajęć. Pracowałeś w You Can Dance, z Polish Soccer Skills, siatkarskim AZS-em.

Bartosz Kot: Nie mogłem narzekać, było całkiem nieźle. Znajomi byli zaskoczeni, że wyjeżdżam, bo miałem co robić w Polsce.

Ł.K.: Pracowałeś z siatkarzami i piłkarzami. Duża jest różnica w pracy między tymi sportami?

B.K.: W tej pracy widać dużą różnicę w każdej dyscyplinie sportowej. Pracowałem również ze snowboardzistami i kajakarzami, gdyż chciałem zebrać dużo doświadczeń z różnych dyscyplin do swojej pracy. Dzięki temu mogłem patrzeć na ciało ludzkie jako łączenie wielu związanych ze sobą mięśni. Jeżeli chodzi o samą pracę, to w prewencji urazów bardziej skupiamy się na innych rzeczach z siatkarzami a na innych z piłkarzami, ale są również pewne cechy wspólne – zarówno u jednych, jak i drugich dochodzi często do urazów kolan. U siatkarzy i kajakarzy – barków, w lekkiej i piłce nożnej – stopy. Ważne, żeby rozpoznawać specyfikę i tak sterować ciałem, żeby ograniczyć problemy płynące z uprawiania danej dyscypliny. Także dzięki łączeniu doświadczeń z kilku dyscyplin, mogę być bardziej skuteczny w swojej pracy, a na tym bardzo mi zależy.

Ł.K.: Skąd pomysł na wyjazd do Chin?

B.K.: Wiesz co… (chwila ciszy). Wszystko zaczęło się od tego, że zacząłem się interesować przygotowaniem motorycznym. Trzy lata temu trafiłem na konferencję PSTM – Polskiego Stowarzyszenia Treningu Motorycznego dla trenerów i fizjoterapeutów, na której poznałem między innymi pewnego trenera lekkiej atletyki, jak się okazało, z którym później współpracowałem. Prowadził on wykład na temat kształtowania siły i mocy w sporcie i zacząłem się tym interesować – jak sprawić, żeby przez mądry trening zawodnik osiągał lepsze wyniki. Nie przez większą ilość jednostek, ale właśnie przez „celowany” trening. Zacząłem analizować, jak powinien wyglądać trening pod względem powtórzeń ćwiczeń, jak i ilości odpoczynku. Na prawdę, ten wykład dał mi dużo do myślenia. Wywodziłem się z piłki, mam też papiery trenerskie, ale od tego momentu zacząłem przesuwać się w kierunku przygotowania motorycznego. Cóż, zacząłem robić kolejne kursy, na których poznałem kolejnych ludzi, którzy wsparli mnie w pomyśle wysłania swojego CV do Chin. Dostałem się na rekrutację wstępną, przeszedłem kolejne etapy rekrutacji i udało mi się dostać do Shanghai Research Institute of Sport.

Ł.K.: SHRISS (Shanghai Research Institute of Sports Science) i praca w kadrze olimpijskiej Chin – jak zaczynać pracę, to od razu z wysokiego C.

B.K.: (śmiech). Faktycznie, moją pierwszą pracą w Chinach była praca w SHRISS, później zostałem przekierowany do kadry olimpijskiej, a następnie otrzymałem propozycję współpracy z Randym Huntingtonem z CAA (Chinese Athletic Assosiation) – Chińskiego Związku Lekkiej Atletyki. W tym roku wróciłem do Instytutu.

Ł.K.: Co kryje się pod tą długą nazwą? Jak to rozumieć? To instytut, w którym trenuje się większość dyscyplin sportowych.

B.K.: W Szanghaju mają kilka takich placówek. Jak się wejdzie tam do środka, zobaczy, jaki mają sprzęt, to naprawdę można zbierać szczękę z podłogi. U nas czegoś takiego nie ma, w Europie też byłoby ciężko znaleźć placówkę, która by jakością dorównywała instytutowi pod względem kompleksowości obiektów, usług i zaopatrzenia.

Ł.K.: Jak rozumiem, w jednym budynku, czy też pod banderą jednego instytutu, trenuje się kilka dyscyplin sportowych?

B.K.: Trzy lata temu było prawie wszystko. Ja byłem odpowiedzialny za przygotowanie motoryczne, prewencję urazów i fizjoterapię pływaków, wspierałem też kobiecą piłkę nożną i odpowiadałem za projekty badawczo naukowe i planowanie testów oraz badań. W ośrodku można było natknąć się na zawodników takich dyscyplin jak: badminton, tenis stołowy, pływanie synchroniczne, wioślarstwo, siatkówka, siatkówka plażowa. Naprawdę, ilość ludzi trenujących tam była ogromna. Porównałbym to do uczelni w amerykańskim stylu: cały kompleks budynków, w którym się trenuje, przeprowadza badania, leczy się zawodników oraz mieszka. W Polsce nie znaleźlibyśmy miejsca, które jest tak wszechstronnie rozwinięte i kompleksowe.

Ł.K.: Chińczycy są bardzo nastawieni na sukcesy w sporcie. Odczuwałeś to jako fizjoterapeuta?

B.K.: Oczywiście, odczuwa to każdy związany ze sportem. Dzisiaj też miałem rozmowę z trenerką w sprawie zawodniczki. Chciałem wywalczyć dla niej wolne, żeby odpoczęła, jednak ciężko prowadzi się takie rozmowy. W niektórych przypadkach jest to niemożliwe. Praca oczywiście jest ciężka, jednak nie ma możliwości odpoczynku. Rozmawiałem też w sprawie innego zawodnika, również w sprawie wolnego od treningów z powodu urazu, jednak nie dało rady. Często rozmawiamy z zagranicznymi trenerami między sobą o regeneracji, czyli planowanych przerwach w treningu i zauważamy, że odpoczynek traktowany jest jak słabość, a nie jako część procesu treningowego. Prowadzenie takich rozmów wymaga cierpliwości, choć i tak zazwyczaj słyszymy odmowę.

Ł.K.: Jak reagują zawodnicy? Zdarzyło Ci się powiedzieć swojemu podopiecznemu „Słuchaj, potrzebujesz odpoczynku” a w odpowiedzi usłyszałeś odmowę typu „Nie ma takiej możliwości, bo jeżeli nie będę trenować, to jest 50 osób na moje miejsce”?

B.K.: Szczerze – jak wyjeżdżałem, to myślałem, że tak będzie. Już w trakcie pracy okazało się, że to wszystko zależy od zawodnika. Trochę inaczej mimo wszystko to wygląda, bo Chińczycy otrzymują diety za to, że są w drużynie. Jeżeli trening jest monotonny lub nie widzą szansy na dostanie się do zawodów czy też do zespołu, to nie starają się tak bardzo. Nie wiem, czy jasno się wyraziłem… Może tak – jeżeli jest ich dwudziestu, wszyscy są na podobnej diecie, niezależnie od swoich sukcesów, to ciężko ich zmotywować do pracy. Oni pracują na treningach, nie mogę zarzucić im, że tego nie robią, jednak ten trening jest na małej intensywności. Taki trening trwa długo, ale praktycznie na nim nie osiągają pułapu startowego, czyli poziomu porównywalnego z wysiłkiem na zawodach czy rywalizacji sportowej.

Ł.K.: Co do diet, jedna z osób, która obserwuje piłkę chińską, powiedziała takie zdanie: Dla większości Chińczyków zarobki w piłce chińskiej są tak duże, że po osiągnięciu tego pułapu nie potrzebują już się rozwijać. Z piłkarkami jest tak samo?

B.K.: Zasadniczo, patrząc na chińskich sportowców, wydaje mi się, że coś w tym jest. Taki zawodnik musi mieć bardzo silną wewnętrzną motywację. Swoją drogą, ciężko ją z nich wydobyć, skoro oni mają dużo rzeczy zapewnionych od początku, to nie muszą już pracować nad sobą. Dostają coś, za samo bycie w grupie, i to im czasami wystarcza. Są oczywiście grupy sportowców, którzy starają się nad sobą pracować, jest ich mniej, ale to oni osiągną sukces. Podam przykład skoczka o tyczce, który teraz skacze w okolicach 6 metrów. W jego grupie było kilku zawodników, którzy byli bardziej utalentowani. Oni zadowolili się tym co, otrzymali na danym poziomie, nie chcieli się rozwijać. Ten mniej utalentowany ciężko pracował, różnica w podejściu do pracy była duża. I to on się przebił. Ciężką pracą wywalczył sobie numer jeden w kadrze i to on może rozdawać teraz karty. Ciekawe jest to, że jak ostatnio z nim rozmawiałem, to ciągle widać, że chce być jeszcze lepszy. Takich zawodników lubię, a praca z nimi przynosi mega satysfakcję i frajdę.

Ł.K.: Trenerzy nie starają się zmotywować zawodników?

B.K.: Wszystko zależy od trenera, bo są różni. Chiny są ogromne, masz tutaj możliwość obserwowania różnych zawodników i trenerów, ciężko tak naprawdę generalizować.

Ł.K.: Jaki był najlepszy trener, z jakim współpracowałeś?

B.K.: Amerykanin Randy Huntington. Ma niesamowite doświadczenie i podejście do zawodników. Szuka różnych rozwiązań dla swoich podopiecznych. Ma też szeroką wiedzę z fizjoterapii i regeneracji. Łączy wszystko w jedną całość. Pracuje najszybszym człowiekiem w Azji – Su Bingtian, odpowiada także za trening kilku najlepszych sprinterów w Chinach, skoczków w dal i zawodników trójskoku. Bardzo dobrym trenerem jest także Damien Inocencio – w połowie Portugalczyk, w połowie Francuz, mieszkający na stałe we Francji. U niego podobało mi się to, jaką tworzył atmosferę ze swoimi zawodnikami – wprowadził zasady, może nie odkrywcze, ale inne niż w pozostałych chińskich teamach – wspólne jedzenie posiłków, spędzanie ze sobą czasu. Dzięki temu jego zawodnicy byli bardziej otwarci oraz zwracali większą uwagę na detale, takie jak na przykład ile czasu przed treningiem mogą pozwolić sobie na posiłek. W Chinach też miałem okazje współpracować z Bartoszem Bibrowiczem, od którego otrzymywałem zawsze duże wsparcie. Wyjechaliśmy do Chin w tym samym czasie i do tej pory współpracujemy z chińskimi zawodnikami. Mówią o nas „Polish Power”, gdyż potrafimy zaadoptować się do każdych warunków pracy i wykonywać ją na wysokim poziomie, co jest doceniane przez liderów. Bartek współpracował z siatkarzami, tenisistami stołowymi, judokami, i zawsze odbierany był jako duży profesjonalista z ogromna wiedza, co skutkowało kolejnymi propozycjami przedłużenia kontraktu. Myślę, że mogę powiedzieć, że wyjazd dal początek chińskiej przyjaźni (śmiech) Na podstawie opinii zagranicznych trenerów, czy też wypowiedzi zawodników, wydaje mi się, że udało nam się stworzyć solidną markę polskiego specjalisty, czy to od przygotowania motorycznego, czy fizjoterapii.

Ł.K.: Jak Chińczycy pochodzą do trenerów i fizjoterapeutów z zagranicy? Odczuwałeś dystans do swojej osoby?

B.K.: Trudne pytanie, bo zależy gdzie. Czasami było tak, że byłem sam pośród czterech/pięciu tutejszych i może delikatnie było czuć dystans… Przede wszystkim wydaje mi się, że Chińczycy cenią trenerów i fizjoterapeutów spoza Azji, jednak muszą się oni wykazać. Nie są ufni na początku, jednak gdy pokażemy, że umiemy pracować i widzą zmiany, to zaczynają zmieniać swoje podejście. Ostatnio tłumacz mi powiedział, że Chińczycy nie wiedzą na początku co trener z zachodu ma w swoim sercu. Coś w tym jest, na początku starają się wybadać osobę.

Ł.K.: Mam wrażenie, że to jest standard u Azjatów – podchodzenie z dystansem do nowych osób w ich otoczeniu.

B.K.: To chyba nie oddaje całości, jeżeli chodzi o stosunek Chińczyków do Europejczyków. Trzeba bardzo uważać na słowa i na to, co się robi. Chińczycy bardzo zwracają na to uwagę, by „nie stracić twarzy”. Czasami, jeżeli coś zrobisz dużo lepiej od Chińczyka, to może uważać, że stracił twarz. I na to trzeba bardzo uważać. Czasami nawet można słownie doprowadzić do takiej urazy… Przykładowo – jeżeli powiesz Chińczykowi, że może zrobić coś dużo lepiej, to dla niego będzie to „utrata twarzy”. A to jest niewybaczalne.

Ł.K.: Zatrudnienie w Chińskim Komitecie Olimpijskim to był dla Ciebie awans?

B.K.: Może zacznę inaczej – typowe dla Chińczyków jest informowanie o niektórych sprawach na ostatnią chwilę. Tutaj było tak samo. Na kilka dni przed przeniesieniem dostałem taką informację i musiałem szybko podjąć decyzję. Osobiście, dla mnie był to awans, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy oni to planowali, czy nie. Mogę się tylko domyślać.

Ł.K.: Byłeś tam jednak tylko trzy miesiące.

B.K.: To był taki plan. Miałem być wsparciem dla grupy wioślarzy przez pewien okres. Mimo wszystko, dla mnie to było ogromne doświadczenie – zobaczyć trening i przygotowywanie zawodników, którzy będą walczyli na Igrzyskach Olimpijskich. Możliwość obserwacji olimpijczyków oraz poznanie trenerów z Australii, Portugalii, Grecji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec czy Włoch pomogło mi w mojej pracy i na pewno poszerzyło horyzonty. Ten projekt to ze strony chińskiej to też było testowanie, co oni mogą zrobić, czy też poprawić u zawodników. Zaprosili wielu trenerów, którzy przyjechali ze mną i poznawali ich opinie. Mieliśmy bardzo dużo spotkań z oceniania zawodników, swoją drogą Chińczycy bardzo lubią spotkania. Gdy się spotykaliśmy, opisywaliśmy dzień treningu, postępy, sugerowaliśmy co można poprawić, a oni słuchali i starali się wybrać najlepszą strategię. W moim odczuciu patrzyli na to, co można wprowadzić w przyszłości do zajęć.

Ł.K.: Na zebrania chodziliście z tłumaczem czy rozmawialiście po angielsku.

B.K.: Zdecydowanie z tłumaczem (śmiech). Swoją drogą to miłe, że cały czas mam kontakt z ludźmi z komitetu, piszą do mnie często „Jesteś dobrym fizjoterapeutą”, „Może byś się znów u nas pojawił”. Ostatnio otrzymałem nagrania z mojego wykładu dla kadry wioślarzy sprzed roku. Nawet nie sądziłem, że ktoś może je odnaleźć po takim czasie. Wracając do spotkań – tak jak powiedziałem, Chińczycy lubią się spotykać, jednak nie jest to uporządkowane. Czasami było tak, że zaplanowana była sesja praktyczna, przychodziłem na spotkanie i trzeba było na szybko wymyślić jak prowadzić teorię, bo zmienił się konspekt naszego „meetingu”. Także często zmienia się to, co danego dnia chcą poznać (śmiech). Sztuka adaptacji jest kluczowa.

Ł.K.: Spodziewałem się, że pod względem spotkań, Chińczycy są bardziej poukładani.

B.K.: Myślę, że wszyscy trenerzy już przyzwyczaili się do tego, że niczego nie można być pewnym. Wszystko zmienia się bardzo szybko. Nawet powiem ci historię z tego tygodnia. Mój kolega, który odpowiada za przygotowanie motoryczne pływaków, miał dostać pod koniec tygodnia trzy grupy to treningów. Ostatniego dnia okazało się, że dostał jeszcze dwie. A niestety, wszystko trzeba poukładać. Większość rzeczy robiona jest na ostatnią chwilę i nie ukrywam, że ciężko było mi się do tego przyzwyczaić. Praca na łapu-capu nigdy nie przynosi dobrych efektów i tu jest pole, nad którym jeszcze się docieramy, gdyż czasem mogę zostać poinformowany, że następnego dnia mam prezentacje dla sztabu szkoleniowego. Zrobić taką prezentacje w ciągu kilku godzin nie jest łatwo.

Ł.K.: Pracowałeś też w Chińskim Związku Lekkoatletycznym.

B.K.: Pracowałem od maja do końca roku 2018. Wspierałem tam fizjoterapie, zwłaszcza pod kątem prewencji urazów. Przyszła ponowna oferta z Instytutu i stwierdziłem, że dla mojego rozwoju, lepiej będzie ją przyjąć. Z początkiem roku rozpocząłem ponowną pracę w SHRISS.

Ł.K.: Wracając jeszcze do zawodników chińskich – jak reagują na kontuzję. Widać po nich, że jest u nich większa konkurencja i uraz może spowodować, że wypadną

B.K.: To zależy od zawodnika i jego nastawienia. Poznałem kilku mega profesjonalistów. Widać to u nich po podejściu do treningów, regeneracji, fizjoterapii.

Ł.K.: Chiny dbają jakoś szczególnie dobrze o swoich lekkoatletów?

B.K.: Wydaje mi się, że mają bardzo duże wsparcie od państwa. Wiadomo, nie mogą wspierać całej masy zawodników, ale ci najlepsi, są objęci kompleksową opieką. A nie oszukujmy się, Chiny mają ogromne możliwości pod tym względem. Najlepsi zawodnicy mogą liczyć na prywatnych specjalistów i ogromne wsparcie pod warunkiem, że coś osiągnęli lub dobrze rokują.

Ł.K.: Interesujesz się piłką nożną, obserwujesz rozwój ligi. Chiny chcą do 2040 roku zostać futbolową potęgą. Jak sądzisz, jest to realne?

B.K.: Ostatnio przegrali z Koreą Południową 2:0. Widziałem kilka meczów SIPG i nie wiem, czy to jest realne. Mają bazy treningowe na bardzo dobrym poziomie, szkolenie, wydaje mi się, również. Obserwując jednak spotkania ligowe, nie widzę kreatywności na boisku. Bardzo mnie to raziło. Ostatni mecz, który widziałem, sprowadzał się do tego, by grać piłkę do Hulka. W jednym ze spotkań Azjatyckiej Ligi Mistrzów trafili na bardzo słaby zespół. Przeciwnicy odcięli Hulka i tak naprawdę, gra SIPG nie istniała. Przypuszczam, że ten brak kreatywności, może być uwarunkowany kulturowo, ale ciężko to wytłumaczyć.

Ł.K.: Podczas rozmowy powiedziałeś, że Chińczycy nie chcą stracić twarzy. Może nie chcą grać lepiej od swoich kolegów, by ich nie urazić?

B.K.: Ciekawe spostrzeżenie, jest to możliwe. Nawet w sztabie trenerskim można to zaobserwować – taką myśl, że jeżeli zrobi się coś za dobrze, to można urazić drugą osobę, która wcześniej nie poradziła sobie z danym problemem lub osiągnęła słabsze rezultaty.

Ł.K.: Trenowałeś kobiece zespoły piłkarskie w Chinach. Nadal z nimi pracujesz?

B.K.: Byłem odpowiedzialny za inne sporty, ale owszem, współpracowałem również z piłkarkami. W Instytucie wiedzieli, że trenowałem piłkę nożną, więc chcieli, bym ich wspomógł w prowadzeniu treningu i obecnie także tak jest. Później, jak wspominałem, zajmowałem się głównie lekkoatletyką. Aktualnie mam bardzo duży kontakt z piłką nożną. Jestem głównym fizjoterapeutą w Instytucie, a piłka nożna jest jedną z czołowych dyscyplin, na którą jest duży nacisk.

Ł.K.: Dużo przychodzi kibiców na mecze piłkarek?

B.K.: Raczej nie (śmiech). Obserwowałem tylko mecze przedsezonowe i okres przygotowawczy. W sezonie drużyna raczej podróżuje na mecze ze sztabem złożonym tylko z Chińczyków. Na meczach, które oglądałem nie było zbyt wielu kibiców. Nie uważam jednak, by był to problem dla nich, gdyż warunki mają idealne. Stadion mieści się 5 metrów od ich „Hotelu” w Instytucie, więc lokalizacja jest idealna. Na meczach zazwyczaj są tylko ludzie ze sztabu szkoleniowego. Postaram się w miarę możliwości śledzić ligę, ale może być to nie lada wyzwanie, gdyż od tego tygodnia mamy pod opieką 4 drużyny z różnych kategorii wiekowych: seniorska, under-18, under-16, under-14.

Ł.K.: Chiny są rozległym krajem. Czy częste dalekie podróże wpływają na częstotliwość urazu?

B.K.: Ma wpływ, oczywiście. Jest to pewien problem i staramy się minimalizować wpływ takich podróży na zawodników. Każdy zespół, nie licząc fizjoterapeutów, posiada również chińskich doktorów, którzy są zawsze w podróży z zawodnikami.

Ł.K: Chińscy lekarze cały czas używają „domowych” metod leczenia?

B.K.: To jest właśnie wielki problem… (Dłuższa cisza). Nie wiem jak to nazwać… Mam wrażenie, że często „Team doktorzy” nie mają wykształcenia medycznego i pracują z zupełnie innej koncepcji, niż do której zostałem przyzwyczajony i wychowany. Czasami jak patrzę na ich metody, zastanawiam się, jak to jest możliwe, że tak się odbywa leczenie. Może dlatego ściągają zagraniczny sztab do siebie? Bardzo ważna jest komunikacja i myślę, że czasami ciężko jest pogodzić dwa odrębne światy i koncepcje pracy. Są elementy wspólne, ale różnice są ogromne dlatego, tak wazne jest, aby rozmawiać i znaleźć optymalne rozwiązania w procesie leczenia. Miałem kilka takich spotkań, w których wspólnie znaleźliśmy najlepsze rozwiązanie. Wydaje się, że zmierzamy w dobrym kierunku.

Ł.K.: Co cię najbardziej zaskoczyło w Chinach?

B.K.: Pozytywnie nastawieni ludzie. Chińczycy są zawsze uśmiechnięci i mili.

Ł.K.: Zabawmy się w „Pogromców Mitów”. Mit: Chińczycy na białą osobę reagują dziwnie – robią zdjęcia, uważnie się przyglądają.

B.K.: I prawda i mit (śmiech). W miejscu, do którego na początku przyjechałem, faktycznie czułem się trochę jak małpa w ZOO. To była mniejsza miejscowość, w której było bardzo mało obcokrajowców, więc trochę tak to wyglądało. W Szanghaju jest już normalnie, jest tu bardzo dużo europejczyków. Mam wrażenie, że to kwestia przyzwyczajenia.

Ł.K.: Zamierzasz wrócić do Polski?

B.K.: Taki jest plan. Wiesz, miałem wyjechać na trzy miesiące zostałem dłużej. W grudniu też wydawało mi się, że wrócę do ojczyzny, a jednak nadal pracuje w Chinach.

Ł.K.: Jeżeli to nie jest tajemnicą, masz już plan co robić w Polsce, gdybyś wrócił do kraju?

B.K.: Myślałem o otwarciu kliniki, jednak to też gdzieś zostaje w sferze marzeń z czasów studenckich. Aktualnie mam pewne plany, w większości naukowe, które chcę zrealizować w Chinach, pracując w Instytucie. Ciężką decyzją było opuszczeniu kadry, a co dalej? Nie wiem. Będąc w kadrze, marzyłem o Igrzyskach Olimpijskich, które odbędą się w stolicy Japonii – Tokio w 2020 roku. Jestem w kontakcie z menedżerami kadry i możliwe, że kiedyś będę miał okazję wspierać kadrę, gdyż otrzymuje od nich pozytywne sygnały i opinie o mojej pracy. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Ł.K.: Pytanie na koniec – czego ci najbardziej brakuje: pierogów czy gołąbków?

B.K.: Rodziny i przyjaciół (śmiech). Jeżeli chodzi o jedzenie, mam niedaleko knajpkę z polskimi pierogami, więc jeżeli zaczynam za nimi tęsknić, to tam chodzę. W ogóle jest to fajne miejsce, taki typowo polski klimat.

Łukasz Karpiak

 

fot: wlasne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.