Bartłomiej Konieczny: „Każdy z nas miał wtedy swoją Ligę Mistrzów”

Najlepszy obrońca w historii Podbeskidzia, bronił barw Widzewa półtora sezonu. O wymaganiach trenera Majewskiego, podejściu trenera Probierza do swoich kolegów i innych z boiska w rozmowie z Bartłomiejem Koniecznym.

Łukasz Karpiak: Do Widzewa przychodził Pan z Kani Gostyń. Zaskakujące, że zawodnik z trzeciej ligi trafia do Widzewa?

Bartłomiej Konieczny: Tak naprawdę z czwartej ligi, bo dopiero co wywalczyliśmy awans do trzeciej. Także miałem przeskok o dwa poziomy rozgrywkowe.

Ł.K.: Nie było widać, żeby odczuł Pan różnicę poziomów. Od razu wywalczył Pan sobie miejsce w pierwszym składzie.

B.K.: Pół roku w czwartej lidze to był ten jeden krok do tyłu, by zrobić kolejne dwa w przód. Znałem się bardzo dobrze z trenerem Szatałowem, który wtedy prowadził Kanię. Odchodząc z Warty Poznań do Gostynia wiedziałem, co robię. Moje przewidywania się sprawdziły, bo trafiłem pod oko świetnego fachowca, który mi później bardzo pomógł. Zresztą, z trenerem Majewskim znałem się z Amici Wronki. Opiekun Widzewa chciał potwierdzić, czy nic nie straciłem ze swoich umiejętności. Zobaczył to, co chciał zobaczyć i nie zostało mi nic innego jak przyjąć ofertę RTS.

Ł.K.: Nie bał się Pan przyjścia do Łodzi? Widzew nie był wtedy bogatym klubem, Zbigniew Boniek dopiero stawiał Klub na nogi.

B.K.: Miałem już propozycję dołączenia do Widzewa półtora roku wcześniej. Wtedy były obawy. Z tego co pamiętam, pojawiły się problemy z licencją. Łodzianom groziła degradacja do czwartej ligi. Obawiałem się tego, dodatkowo miałem rozpoczęte studia na AWF-ie w Poznaniu. Wtedy nie podjąłem tego ryzyka. Minęło półtora roku, trener Majewski zapewniał mnie, że w klubie wszystko jest dobrze i podjąłem rękawicę. Teraz myślę że odrzucenie tamtej propozycji to był błąd. Mogłem być w Widzewie wcześniej i przedłużyć przygodę z piłką na wysokim poziomie. A tak straciłem dużo czasu.

Ł.K.: Wraz z Panem do Klubu trafili Bartłomiej Grzelak oraz Bartek Iwan. Piłkarze, którzy bardzo pomogli w awansie.

B.K.: Przyszedł jeszcze Kuzera, Białek, Marcin Nowak. W zespole również byli Rafał Pawlak, Kuba Wawrzyniak, Jarek Lato. Skład mieliśmy naprawdę solidny. Patrząc na te nazwiska, które były wtedy w Widzewie, to większość piłkarzy poradziła sobie w ekstraklasie. Dlatego też jestem dumny z tego, co osiągnąłem w Łodzi.

Ł.K.: Wielu piłkarzy wspomina, że w tamtych czasach Widzew nie płacił bardzo dobrze, ale w Klubie tworzono „Widzewską rodzinę”.

B.K.: Faktycznie, może te zarobki nie były dobre. Patrząc na to, jak teraz zarabiają piłkarze i przeciętni ludzie określiłbym je jako średnie. Faktycznie, odczuwało się, że jest coś więcej w Widzewie. Była ekipa, która wzajemnie się wspierała, nawet jeśli lubiliśmy się bardziej lub mniej. I to się bardzo dobrze sprawdzało. Patrząc historycznie, w Podbeskidziu, gdy wywalczyliśmy awans do ekstraklasy, pensje były podobne, tak samo jak mentalność zwycięzcy i chęć pokazania się. Nie pieniądze robią sukces, ale ludzie.

Ł.K.: Za Pana czasów w Widzewie większość piłkarzy była na dorobku lub chciała „się pokazać”. Chyba ta chęć wypromowania się najbardziej była widoczna u Grzelaka i Wawrzyniaka.

B.K.: Na pewno tak. Wtedy nie wiedziałem, że Grzelak i Wawrzyniak będą grać w reprezentacji Polski. Nie sądziłem że będę grał w jednym zespole z takimi piłkarzami. Życie pokazuje, że skoro im się udało, to każdemu z nas mogło się udać. Może trzeba było więcej od siebie dołożyć? Im się udało, i bardzo się cieszę, że miałem przyjemność grać z Bartkiem oraz Kubą w jednym zespole.

Ł.K.: Bardzo chwalił Pan wspólną pracę ze Stefanem Majewskim. Pamiętam, że często trener był krytykowany przez kibiców Widzewa. Zdarzało się, że kibice śpiewali: „Zostaw laptopa, Majewski, zostaw laptopa”. Czy tak często trener korzystał z pomocy komputera?

B.K.: (śmiech) Szczerze mówiąc porównując odprawy, które miałem trzy czy pięć lat temu, to nie. U trenera było to na odpowiednim poziomie. Szkoleniowiec bardziej bazował na pracy z ludźmi niż z laptopem. Była wprowadzona niemiecka dyscyplina w zespole, co nie dziwi, bo trener bardziej wywodzi się z niemieckiej szkoły trenerskiej niż polskiej. U niego wszystko musiało być „in Ordnung!”. Jeżeli była dyscyplina w zespole, to na jej podstawie można było wprowadzać kolejne elementy gry w piłkę. Mieliśmy założenia, że w trakcie „meczów walki” każdy z nas musiał wykonać pięć wślizgów na mecz i z tego był rozliczany. Pamiętam spotkanie w którym robiliśmy wślizgi nawet w sytuacjach niemożliwych. Zawodnicy drużyny przeciwnej widzieli, jak Widzew walczy i w trakcie meczu, zaczęli odstawiać nogi, przegrywać piłki stykowe. Świadczy to o tym, że pomysł ten procentował. Właśnie takimi niuansami wygrywaliśmy mecze. Dlatego bardzo cenię trenera Majewskiego. Wiadomo, że kibice zawsze chcą mieć piękną grę, dużo bramek, ale nie zawsze jest to możliwe. Drużyna piłkarska to skomplikowany organizm. Nie wystarczy załatwić sobie kilku dobrych piłkarzy.

Ł.K.: Pamięta Pan derby na stadionie ŁKS-u?

B.K.: Wygrane trzy do jednego?

Ł.K.: Dokładnie.

B.K.: Pamiętam. Pierwszą połowę spędziłem na ławce rezerwowych, było jeden do jednego po czterdziestu pięciu minutach.

Ł.K.: Jak wyszliście na rozgrzewkę i zobaczyliście morze czerwonych koszulek, nie przeszła wam myśl przez głowę, że pomyliliście stadiony?

B.K.: Byliśmy na to nastawieni. Kiedy jechaliśmy ze zgrupowania widzieliśmy co się dzieje. Miasto żyło tym meczem. Wtedy samo wejście na stadion było ciekawym przeżyciem. Każdy z nas miał wtedy swoją Ligę Mistrzów. Fajnie wyszło, bo jak się wygrywa takie spotkanie, to jest co wspominać. To było coś nadzwyczajnego.

Ł.K.: Po spokojnym awansie do klubu przyszedł Michał Probierz, który też starał się wprowadzić niemiecką dyscyplinę w szatni.

B.K.: Z trenerem Probierzem była podobna sytuacja jak z trenerem Majewskim. Też dużo czasu spędził w Niemczech i na tym bazuje. Przynosi to efekty, widać to nawet dzisiaj. U niego nie ma nazwisk, tylko grają piłkarze z charakterem. Potwierdzają to wyniki w Jagiellonii i Cracovii. Myślę, że za rok Pasy będą mocną drużyną. Wracając do tamtych czasów, przyjście trenera z Polonii Bytom było wielką niewiadomą. Na pewno warsztat ma solidny.

Ł.K.: Dołączył wtedy zawodnik z bardzo niskich lig włoskich – Stefano Napoleoni. Faktycznie od pierwszych treningów pokazywał nieprzeciętne umiejętności techniczne?

B.K.: To był chłopak z dużymi umiejętnościami technicznymi, lubiący miłą, delikatną grę, ale w Polsce szybko się zaaklimatyzował. Wyszło mu to na dobre, bo do techniki dołożył trochę walki. Pamiętam, że na początku pobytu w Łodzi był z niego chłopczyk, a przed wyjazdem do Europy stał się klasowym zawodnikiem. Nie wiem, gdzie teraz gra.

Ł.K.: Aktualnie w Turcji, wcześniej był w Grecji.

B.K.: Widać, że podobają mu się kraje z ciepłym klimatem. W Widzewie nabrał dużo doświadczenia, i co najważniejsze zmężniał. Mile go wspominam.

Ł.K.: Jedyną bramkę w ekstraklasie w barwach Widzewa strzelił Pan w meczu z Lechem wygranym trzy do dwóch, gdzie większość kibiców w końcówce przeżyła zawał serca od nadmiaru emocji.

B.K.: „Sokal” strzelił zwycięską bramkę. Pamiętam, że miał kilka klarownych sytuacji, a udało mu się strzelić dopiero z tej najtrudniejszej. Moja bramka była piękna. Dodatkowo, lepszego wejścia w mecz nie mogliśmy sobie wyobrazić. Która to była minuta? Pierwsza, jeśli dobrze pamiętam?

Ł.K.: Pierwsza, dochodziła druga minuta gry.

B.K.: Trenowaliśmy takie rozegranie stałego fragmentu gry. „Wawrzyn” miał wrzucać na krótki słupek, ja miałem wbiec na pierwszy, wybiegając przed obrońcę, bodajże przed Bosackiego. Ćwiczyliśmy to. Fajnie że udało się nam w ten sposób strzelić bramkę. To nie był przypadek, tylko efekt pracy na treningach. Trener Probierz wymyślił takie rozegranie i jak widać pomysł miał dobry. A wracając do laptopa, bardziej z komputerem wspominam właśnie trenera Probierza niż Majewskiego.

Ł.K.: Ale chyba Michał Probierz był wtedy jeszcze łagodniejszym trenerem niż jest teraz?

B.K.: Był twardy, jeżeli chodzi o dyscyplinę w drużynę. Nie dał sobie w kaszę dmuchać. Pamiętam, że jak się dowiedzieliśmy, że nasz zespół przejmie Michał Probierz, kilku z nas się z tego cieszyło. Na zasadzie „O fajnie, przychodzi kolega”. A trener Probierz przyszedł i wszystkich tych swoich kolegów powypierdzielał, bo wiedział, że nie zbuduje dyscypliny. Teraz trener Probierz jest doświadczony, ma markę na rynku i sobie pozwala na więcej. To jest ludzkie. Opór i nieśmiałość u szkoleniowca minęły i robi swoje.

Ł.K.: Między innymi podziękował Arturowi Wyczałkowskiemu, który polecił szkoleniowca włodarzom klubu.

B.K.: Z Arturem była dziwna sytuacja. Przyjeżdżał jeszcze na treningi, kręcił się w klubie, ale nie wiem o co tam chodziło. Zbyt młody byłem, żeby rozumieć pewne rzeczy.

Ł.K.: Panu trener też podziękował, tylko że po rundzie jesiennej.

B.K.: Pamiętam rozmowę ze szkoleniowcem. Miałem jeszcze półtora roku kontraktu. Trener podszedł do mnie i powiedział, że nie widzi mnie w składzie i chce, żeby Widzew ze mną rozwiązał kontrakt. To była połowa listopada. Powiedziałem, że nie ma problemu, tylko żebyśmy to zrobili z końcem grudnia, bo teraz jeszcze trwa sezon. Rozmawiałem z kierownikiem Gapińskim i z prezesem, i byli w szoku, że zgadzam się na to bez żadnej walki. Z niewolnika nie ma pracownika. W drugą stronę też do działa. Wtedy „klubu Kokosa” jeszcze nie było, chociaż możliwe, że zostałby stworzony. W każdym razie, po co być w klubie, który cię nie chce. Zawsze byłem ambitny i chciałem grać, nigdy nie interesowała mnie rola rezerwowego. Nie żebym się kłócił ze sztabem, tylko sam ze sobą źle bym się czuł, gdybym nie grał. Zwłaszcza, że trener powiedział, że nie widzi dla mnie miejsca w składzie. Uścisnęliśmy sobie ręce, podziękowaliśmy za współpracę i tyle.

Ł.K.: Zazwyczaj takie informacje trenerzy przekazują przez kierownika, a wychodzi na to, że sam szkoleniowiec podszedł do Pana i poinformował o swojej decyzji.

B.K.: Właśnie to jest klasa sama w sobie. Kiedy widywaliśmy się na boiskach ekstraklasy, zawsze żartował. Pamiętam taki dialog:
– O Bartek. To dzięki mnie grasz w ekstraklasie.
– Jak to dzięki trenerowi, przecież trener wyrzucił mnie z Widzewa.
– Właśnie dzięki mnie. Wyrzuciłem cię i się wziąłeś do roboty.
Oczywiście to są żarty. Nie wiadomo, co by było, gdybym został w Łodzi.

Ł.K.: Później grał Pan w ekstraklasie w Bielsku-Białej. Został Pan nawet najlepszym obrońcą w historii Podbeskidzia.

B.K.: Fajnie to się odbyło. Poszedłem do Polkowic. Mówiąc szczerze, zarabiałem tam trzy razy więcej niż w Widzewie. To była abstrakcja. Z Górnika trafiłem do Polonii Warszawa, by zakotwiczyć w Podbeskidziu. Do Bielska szedłem tylko z jednym zamiarem – musieliśmy zrobić awans. Prezes Szypuła poinformował mnie, że robią konkretne wzmocnienia i w ciągu trzech lat ma być ekstraklasa. Ja szybko przekalkulowałem, wyliczyłem, że przy takich planach rozegram sto meczów w ekstraklasie i będę mógł spokojnie skończyć karierę. I tak się stało, tylko kariery nie skończyłem z własnej woli, lecz kręgosłup mi siadł. Lekarz powiedział albo zdrowie, albo piłka i wózek. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

Ł.K.: Nie miał Pan problemu po zakończeniu kariery ze znalezieniem sobie nowej roli w życiu. Prowadzi Pan szkółkę piłkarką.

B.K.: To nie jest taka łatwa droga. Życie po życiu jest ciężkie, zwłaszcza dla ludzi, którzy nie mieli kariery a jedynie przygodę z piłką. Też nie należałem do osób, które odłożyły miliony na koncie i mogą odcinać kupony. Mam jedno mieszkanie na wynajem, ale z tym więcej jest problemu niż zarobku, patrząc na wynajmujących, niestety. Ze szkółką jest o tyle fajnie, że swoje nazwisko i markę w ekstraklasie wyrobiłem. W Bielsku byłem osiem lat, więc kibice mnie kojarzą, co odbija się pozytywnie na szkółce. Lubię swoją pracę, bo nie tylko jestem menadżerem i prezesem, ale też trenerem juniorków i sprawia mi to wielką przyjemność. Nie zawsze od razu widać postęp u młodych piłkarzy, ale porównując filmy sprzed dwóch lat i obserwując młodych piłkarzy teraz, widać różnicę. I naprawdę mnie to cieszy jako trenera. Z dnia na dzień, tego nie widzę, nie mam prawa tego widzieć. Jednak, gdy się przeciwstawia pewne rzeczy po czasie, widać rozwój tych chłopaczków. Dodatkowo jestem specjalistą w Prudentialu, pracuje w jeszcze jednej firmie i robię wiele innych rzeczy.

Ł.K.: Człowiek renesansu.

B.K.: Nazwijmy to tak.

Ł.K.: Minęło już trzynaście lat od Pana pierwszego spotkania w Widzewie, jednak cały czas Pan obserwuje to, co się dzieje przy Piłsudskiego. Chwalił Pan zatrudnienie przez Łodzian Roberta Demjana.

B.K.: To jest facet, który ma charakter do piłki. Nigdy nie bazował na szybkości, więc z latami mu tego nie ubędzie. Jemu nie robi różnicy, na jakim poziomie rozgrywkowym gra, lecz robi to, co umie najlepiej: zastawia się, czeka na drużynę, rozgrywa piłkę. Dodatkowo potrafi się znaleźć w polu karnym w takim miejscu, gdzie nikt by nie pomyślał, że zawodnik może tam być, przez co wykorzystuje błędy rywala. Tego się nie straci. Dużo pomoże Widzewowi teraz, za rok i możliwe że za dwa lata również. Wszystko zależy od tego, czy nie przyjdzie nowy trener i nie stwierdzi: Robert Demjan jest stary. Nie patrzyłbym w metrykę i zawsze na to będę uczulał trenerów. Teraz mamy takie badania wydolnościowe, że wszystko można sprawdzić i ocenić.

Ł.K.: Nie żałuje Pan, że nie miał możliwości grać spotkań u siebie przy osiemnastu tysiącach ludzi?

B.K.: Na pewno. Ale na starym stadionie Widzewa też była ponadprzeciętna atmosfera, mimo że przychodziło od pięciu do dziesięciu tysięcy ludzi. Teraz z tego, co wiem, bo rozmawiam z Robertem, atmosfera jest na pewno wyjątkowa. Pod dachem osiemnaście tysięcy fanatyków śpiewających „Ooooo Łodzki Widzew Ole”. Coś wspaniałego. Zresztą rozmawiałem z przyjacielem, który jeździ po Wyspach Brytyjskich i ostatnio był na meczu Widzewa. Powiedział, że nigdy nie przeżył czegoś takiego. Tego nie ma na wyspach. W żadnym klubie Premier League czy Championship nie ma takiego dopingu, jaki jest na Widzewie. Powiedział, że w pewnym momencie musiał wyjść, bo było tak głośno, że go głowa rozbolała. Sam też planuję przyjechać na jakieś spotkanie Widzewa.

Ł.K.: Na jakim meczu Pan zamierza być?

B.K.: Jeszcze nie wiem. Do końca sezonu mam napięty harmonogram. Chciałem być na Lechii Tomaszów, ale grają w połowie czerwca.

Ł.K.: Może z Polonią u siebie dwudziestego szóstego maja?

B.K.: To byłby dobry pomysł. Fajnie byłoby spotkać znajomych z Widzewa.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

fot. tspodbeskidzie.pl

1 thought on “Bartłomiej Konieczny: „Każdy z nas miał wtedy swoją Ligę Mistrzów””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.