Artur Szymczyk: „Studenci, zwolniły się dwa miejsca, weźcie je sobie”

W wieku 17 lat debiutował w ekstraklasie w barwach Siarki Tarnobrzeg. Następnie grał między innymi w GKS-ie Katowice, Widzewie czy Stomilu Olsztyn. W rozmowie o psie, który połknął bombkę, oczekiwaniu na śniadanie z prezesem Grajewskim i jego karierze.

Łukasz Karpiak: Po karierze osiadłeś na stałe w Skierniewicach – miejscowości, w której kończyłeś karierę piłkarską.

Artur Szymczyk: Dokładnie, mam tutaj dzieci, pracę. To był w pełni przemyślany wybór.

Ł.K.: Jednak nie poszedłeś standardową drogą piłkarza, który kończy karierę. Nie założyłeś własnej szkółki piłkarskiej, nie jesteś aktualnie trenerem, tylko prowadzisz własny biznes, który jest niezwiązany z piłką.

A.S.: Po dwudziestu latach grania w piłkę, mimo wszystko ciężko od niej uciec, bo nie do końca jest tak, że nie jestem związany z piłką. Mam zrobiony kurs trenerski UEFA A, w Skierniewicach prowadziłem między innymi Sorento Zagłębie Skierniewice, które wprowadziłem z A klasy do okręgówki, następnie do czwartej ligi. Utrzymaliśmy się na tym szczeblu rozgrywkowym, ale niestety klub nie był dotowany przez miasto i musieliśmy się wycofać z ligi.

Ł.K.: Sorento Zagłębie Skierniewice – nazwa raczej nie nawiązująca do wielkiej piłki.

A.S.: Może i nie, ale udało mi się stworzyć tutaj fajną ekipę. W Sorento grał na przykład Marcin Zając, z którym grałem w Widzewie. Prowadziłem siedemnastolatków w MKS Skierniewice, też zrobiłem awans. Zajmowałem się doradztwem, pomagałem trochę piłkarzom w karierze. Jednak ciężko to było pogodzić z pracą, którą obecnie wykonuję. Prowadzę korporację taksówkarską, więc trzeba pilnować tego biznesu, dodatkowo sam jeżdżę jako taksówkarz, także nie ma dużo czasu na inne zajęcia. Nie mówię, że w przyszłości nie wrócę do piłki, jednak aktualnie mieszkam tutaj, mam dzieci.

Ł.K.: Skierniewice w ostatnim czasie jest kopalnią talentów. Dużo piłkarzy odeszło dalej się szkolić czy to do ekstraklasy lub wyjechało na zachód. Może gdybyś tu zaczynał karierę, a nie w Opatowie, to szybciej byś dotarł do ekstraklasy.

A.S.: (śmiech). Wydaję mi się, że wbrew pozorom, szybko wypłynąłem na wody o nazwie ekstraklasy. W wieku siedemnastu lat trafiłem do Siarki Tarnobrzeg, wtedy pierwszoligowej, w której pierwszy skrzypce grał Czarek Kucharski. Do Siarki trafiłem z Tomkiem Kiełbowiczem, czyli kolejnym piłkarzem, który miał w późniejszych latach grać w ekstraklasie na wysokim poziomie przez wiele lat. Ja zadebiutowałem w wieku siedemnastu lat, może nie nagrałem się za dużo z pierwszą drużyną, bo tylko trzy występy, ale i tak to było dla mnie duże wydarzenie.

Ł.K.: Jednak z Opatowa raczej nie jest łatwo się wybić?

A.S.: Nie jest, zwłaszcza że boiska nie ułatwiały doskonalenia swoich umiejętności (śmiech). Często opowiadałem młodym chłopakom, na jakich boiskach grałem, to nie mogli w to uwierzyć. Jestem samoukiem i mam trochę szczęścia, co pomogło mi dostać się do Siarki. Pojechałem na kadrę wojewódzką i tak się złożyło, że obok trenowali „Siarkowcy”. Świętej Pamięci trener Janusz Gałek mnie wypatrzył, zaprosił na testy i udało mi się dobrze zaprezentować. Chociaż mogło się to kompletnie inaczej potoczyć.

Ł.K.: Jakiś inny zespół złożył ofertę?

A.S.: Nie, kilka lat wcześniej zaprosił mnie testy Widzew Łódź, nawet zagrałem w dwóch sparingach drużyn juniorskich. Niestety, rodzice się wtedy nie zgodzili, bo to było duże przedsięwzięcie dla nich – szukanie nowej szkoły, w której bym kontynuował naukę. Nie będę ukrywał, rodzice bali się, że przez tę przeprowadzkę zawali się moja nauka. Nigdy nie miałem z tym problemów, jednak lepiej było nie ryzykować.

Ł.K.: Siarka w tamtym sezonie spadała z hukiem z ekstraklasy, więc raczej spodziewałeś się debiutu w pierwszej drużynie?

A.S.: Zdecydowanie nie, to był dla mnie duży szok. Zresztą, samo to, że mogłem trenować z taki zawodnikami jak Mariusz Kukiełka, Cezary Kucharski to było duże doświadczenie. Nie udało się nam się utrzymać ekstraklasy, może dlatego, że brakowało nam trochę doświadczenia? Debiut w młodym wieku na pewno dodał mi skrzydeł.

Ł.K.: Nie miałeś ofert z klubów, które utrzymały się najwyższej klasie rozgrywkowej?

A.S.: Po spadku zostałem w klubie, pojechałem na obóz przygotowawczy i przytrafiła mi się kontuzja, więc może dlatego nie dostałem oferty? W międzyczasie otrzymałem propozycję gry w Czeladzi i doszedłem do wniosku, że warto spróbować, zwłaszcza że trener powiedział, że nie widzi mnie w drugoligowej drużynie. Siarka wypożyczyła mnie tam na rok, później został wykupiony i spędziłem tam bodajże cztery sezony.

Ł.K.: Cztery sezony w trzeciej lidze – zmarnowany czas?

A.S.: Nie, zdecydowanie nie. Mówiąc po piłkarsku, otrzaskałem się trochę z seniorską piłką. Pamiętam, że podczas pierwszych treningów w Czeladzi dosłownie latałem w powietrzu, każdy pojedynek siłowy kończył się porażką (śmiech). W pewnym momencie usiadłem w szatni i powiedziałem sam sobie, że jeżeli chcę zostać w tej drużynie, to muszę się dostosować do poziomu gry kolegów. Pamiętajmy, że tam grało kilku znanych piłkarzy, choćby Paweł Skrzypek, Rafał Berliński, Robert Szopa, Marek Matuszek. Uważam, że ten pobyt wyszedł mi na dobre, na pewno nie powiem, że to był krok w tył.

Ł.K.: Co do latania w powietrzu: w większości relacji z meczów tamtejszej III ligi można wyczytać, że „kości trzeszczały”. Chyba nikt tam nie odpuszczał.

A.S.: Oj tak, dostałem tam szkołę życia. Nigdy nie byłem piłkarskim orłem pod względem techniki, nie dawałem tak zwanych fajerwerków, ale nie odpuszczałem na boisku. Nauczyłem się tego właśnie na Śląsku, również miało to odzwierciedlenie w moich charakterze – pobyt w Czeladzi nauczył mi walczyć do końca, w każdej sytuacji.

Ł.K.: Czeladzkie postkomunistyczne blokowiska chyba też tego uczyły – że bez walki nic się nie osiągnie.

A.S.: Dokładnie, choć nie wiem, jak to teraz wygląda. W tamtych czasach faktycznie to tak było. Mieszkanie w takich blokowiskach przekładało się na charakter.

Ł.K.: Nie zastanawiałeś się, czy wybór Czeladzi jest odpowiedni? Raczej to nie był szczyt marzeń dla młodego chłopaka.

A.S.: Zgadza się, choć mieszkałem w hotelu przy klubowym, więc bardziej niż na zwiedzaniu miasta, koncentrowałem się na nauce i treningu. Miałem wypełniony czas. Po kilku pierwszych meczach wiedziałem, że dobrze wybrałem – podobała mi się atmosfera w zespole, jak i na meczach. Choć wracając do Twojego poprzedniego pytania – może rok za dużo spędziłem w Czeladzi. Miałem możliwości odejścia, jednak to były inne czasy. Musiałbym wykupić swoją kartę, działacze też nie chcieli mnie puścić. Kiedyś nie było tak łatwo zmienić zespołu, jak teraz.

Ł.K.: To, co musiał zrobić Rozwój, że dostałeś zgodę na półroczne wypożyczenie?

A.S.: Pokłóciłem się z działaczami (śmiech). Klub borykał się z problemami finansowymi, nie było płacone przez długi czas, więc powiedziałem, że chce odejść. Przyjechali działacze Rozwoju, dogadali się, że będę mógł odejść na pół roku, a po tym czasie Czeladź zadecyduje co dalej. W Rozwoju pokazałem się z dobrej strony i dostałem propozycję z GKS-u Katowice. Tu muszę zrobić ukłon w stronę działaczy czeladzkich, bo to oni nie robili problemu GKS-owi. Bardzo szybko doszli do porozumienia z prezesem Dziurowiczem i trafiłem do GieKSy.

Ł.K.: Odejście do GKS-u mogło być łatwiejsze, bo prezesowi Dziurowiczowi raczej się nie odmawiało w tamtych czasach.

A.S.: (śmiech). Oj nie odmawiało się, prezes zawsze postawił na swoim. Zawsze się śmieliśmy, że jak prezes przychodził do klubu, to było słychać spadający kurz, taka cisza była.

Ł.K.: Prezes często odwiedzał w szatni? Zdarzyły się indywidualne rozmowy?

A.S.: Jeżeli chodziło o opierz, to zawsze grupowo. Swoją drogą, to rzadko był w klubie. Jak już jednak był, to zarządca wkręcał żarówki, sprzątaczki mopowały wszystkie podłogi. Gdyby była potrzeba, to pan od murawy malowałby ją na zielono, żeby pokazać, że dużo robi w klubie.

Ł.K.: Trafiłeś do GKS-u, który sezon przed twoim przyjściem, zajął czwarte miejsce. Wszyscy spodziewali, że znów włączycie się do walki o puchary, jednak rzeczywistość was przerosła.

A.S.: Wiesz co, nie tyle rzeczywistość a finanse. W klubie było coraz gorzej pod tym względem, więc trzeba było kogoś sprzedać. Odszedł Adaś Ledwoń i Sławek Wojciechowski, co było dużym osłabionym. Prezes Dziurowicz był już w PZPN-ie, więc ciężej było pozyskać intratnych sponsorów.

Ł.K.: Od kiedy przyszedłeś do GKS-u, to problemy zaczęły się nawarstwiać. Chyba nie było jednak takiej sytuacji, jaka miała miejsce kilka lat później, gdy GKS miał problemy finansowe. Wtedy piłkarze nie mieli za co kupić jedzenia.

A.S.: Aż tak drastycznie nie było, choć była taka sytuacja, że w klubie nie było ciepłej wody i w zimę kąpaliśmy się w zimnej wodzie. Choć były tego plusy.

Ł.K.: Hartowaliście się?

A.S.: Nie, być może ta sytuacja uratowała życie trenerowi Bogusławowi Kaczmarkowi.

Ł.K.: Przez kąpiele w zimnej wodzie?

A.S.: Dokładnie, gdyż trener dostał zapalenia płuc. Szkoleniowiec pojechał na badania i wykryto u niego guza w płucach. Na całe szczęście odkryto to szybko i w porę rozpoczęto leczenie. Sytuacji, w których kibice musieli zrzucać się nam na jedzenie, czy też dokarmiać, na szczęście nie było.

Chociaż było ciężko, przez siedem miesięcy nie otrzymałem wypłaty. Z drugiej strony, jestem pierwszym zawodnikiem, który wygrał kartę zawodniczą od klubu i pieniądze z kontraktu.

Ł.K.: W pewien sposób przetarłeś szlaki.

A.S.: Nawet mam gazetę z tym artykułem. Piękny był tytuł: „Wolność Szymczyka”. Dalej było napisane, że jako pierwszy piłkarz wygrałem sprawę z klubem. Później dużo chłopaków do mnie dzwoniło, pytało jaki mecenas prowadził sprawę. Być może, gdyby nie ta sytuacja z pieniędzmi, byłbym w GKS-ie do tej pory.

Ł.K.: Mimo problemów, nie uciekłeś z GKS-u, który spadł z ligi.

A.S.: A miałem propozycję z Górnika Zabrza, z Ruchu Chorzów, Odry Wodzisław i jeszcze jednego klubu, nie pamiętam jakiego, chyba Petrochemii. Nie widziałem sensu odchodzić, bo zrobiła się w Katowicach fajna drużyna, przyszedł Marek Świerczewski, Piotrek Lech, Darek Dudek. Wiedzieliśmy, że jeżeli kluczowe ogniwa nie odejdą z klubu, to jesteśmy w stanie wywalczyć awans do ekstraklasy. Choć mieliśmy przeprawy, na pierwszy mecz mieliśmy nie jechać, bo nie wpłynęły nam pieniądze.

Ł.K.: Powiedziałeś, że zainteresowany zatrudnieniem ciebie był Ruch, jednak biorąc pod uwagę historię derbów GKS-Ruch, to wątpię by wtedy którykolwiek piłkarz GieKSy, odszedł do Chorzowa.

A.S.: Nie wyobrażałem sobie, bym mógł przejść do Ruchu, tym bardziej że mieszkałem na osiedlu Tysiąclecia, gdzie było dużo kibiców GKS-u. Musiałbym chyba wracać późną nocą, by spokojnie przejść po osiedlu do domu. Animozje między kibicami były naprawdę bardzo duże.

Ł.K.: Wystąpiłeś w słynnym meczu GKS – Ruch, który na długo został przerwany. Kibice biegający po boisku, milicja pałująca każdego, kogo się da, wy musieliście zejść do szatni.

A.S.: Kibice, bodajże Ruchu, weszli z bramą na stadion i zaczęła się awantura. Pamiętam, że rozegraliśmy tylko połówkę spotkania, bo więcej nie dało rady.

Ł.K.:Wybijało was to z rytmu?

A.S.: Nie myślało się o tym, choć oczywiście, sama otoczka meczu derbowego powodowała, że wzrastała w nas adrenalina. Tak patrząc, jednak czasy bardzo się zmieniły. Z jednej strony na lepsze, z drugiej nie. Często patrzę na mecze i mam wrażenie, że za moich czasów nikt nie odstawiał nogi, piłkarze byli z charakterem. Dzisiaj różnie to wygląda.

Ł.K.: Jeszcze wrócimy do charakterów, bo muszę zapytać jeszcze o derby. Powiedziałeś, że wzrastała adrenalina w takich spotkaniach. Coś w tym jest, skoro w jednym spotkaniu derbowym, wszedłeś na boisko w 62 minucie, a w 66 dostałeś czerwoną kartkę.

A.S.: Pamiętam ten mecz do dzisiaj. Swoją drogą, mam ponad 90 spotkań w ekstraklasie, a tylko kilka razy wchodziłem z ławki rezerwowych. Zazwyczaj grałem od dechy do dechy. Podczas tego spotkania, trenerem był Bobo Kaczmarek, wchodziłem właśnie z ławki, by wzmocnić szyki obronne drużyny. Pamiętam, że Adam Bała podał mi za lekko piłkę i przejął ją któryś zawodnik Ruchu, wychodził sam na sam. Szybkościowo zawsze dobrze wyglądałem, więc „bujnąłem” się za nim. Wiedziałem, że jak mam go trafić, to muszę trafić go przed „16”. Możliwe, że gdybym odpuścił, to byśmy przegrali ten mecz. W derbach ciężko odrabia się stratę bramki.

Ł.K.: Po tym wejściu nawet nie patrzyłeś w stronę sędziego.

A.S.: A po co miałem się na niego patrzeć, musiał dać mi czerwoną. Bobo Kaczmarek miał takie swoje przyzwyczajenie, że w doliczonym czasie schodził do szatni, psychicznie już nie wytrzymywał. Podczas tego spotkania podszedł do mnie i mówił nerwowo „Szymek, ale żeś narobił, coś ty zrobił Szymek”. Gdy usłyszał końcowy gwizdek, to mnie wycałował z radości.

Ł.K.: Nie tylko Kaczmarek cieszył się z tego faulu, ale również kibice. Miałeś darmowe piwa po tym spotkaniu w katowickich barach?

A.S.: Nie, zresztą nie chciałbym. Nie podoba mi się to dzisiejsze spoufalanie się kibiców z piłkarzami. Nie podoba mi się, że piłkarze muszą potulnie tłumaczyć się po meczu kibicom. Piw nie dostałem, dużo kibiców jednak mówiło „ale żeś mu dobrze wszedł w giry” (śmiech). Wiadomo, nie byłem szczęśliwy, bo musiałem pauzować dwa mecze, jednak przynajmniej kibice byli zadowoleni, bo nie przegrali z Ruchem.

Ł.K.: Mówisz o spoufalaniu – masz na myśli rozmowy z kibicami po meczu, czy „rozmowy motywacyjne” czy akcje z „liśćmi” na parkingu Legii.

A.S.: O tym drugim i zdecydowanie jest to naganne. To nie jest do pomyślenia. Jak widzę, że kibice gdzieś wchodzą do szatni po treningu i jeszcze mobilizują  piłkarzy, to ręce mi obadają. Za moich czasów, do szatni mógł wejść piłkarz, członek sztabu szkoleniowego i masażysta. Pamiętam, że kiedyś wszedł do szatni jeden z fotoreporterów, bo chciał zrobić wywiad ze Sławkiem Wojciechowskim. Wszedł do szatni i pyta o Sławka, podszedł do tego reportera Adam Ledwoń i pyta co on tu robi. Facet się przestraszył, jednak odpowiedział, że chce z Wojciechowskim wywiad zrobić. Adaś wziął tego faceta za fraki i wyrzucił go z szatni.

Ł.K.: Pilnowaliście tego jak czegoś świętego.

A.S.: Taki był urok tamtych czasów. Szatnia było tylko naszym miejscem. Jeden z trenerów powiedział nam: jeżeli chcecie, to możecie się tutaj pobić, wyjdziecie na trening z zatkanymi nosami, ale nikt z zewnątrz nie może się o tym dowiedzieć. To ma zostać między wami. A teraz? Wszyscy wszystko wiedzą.

Ł.K.: Odnalazłbyś się w szatni w dzisiejszych czasach?

A.S.: Nie widzę się kompletnie… (cisza). Ja musiałem przejść każdy kolejny szczebel w klubie, walczyć o swoje. Część młodych piłkarzy wszystko ma podane jak na tacy. Z moim charakterem, doświadczeniem z początku kariery, nie widzę się w szatni klubu ekstraklasowego.

Ł.K.: Młodzi piłkarze chyba nie mieli z tobą łatwego życia.

A.S.: Powiem tak, gdy grałem w pierwszej lidze, to byłem bardzo młodym piłkarzem. Nauczono mnie respektu do starszych, bardziej doświadczonych piłkarzy. Gdy grałem w Skierniewicach, miałem sytuację, że przyszedł młody chłopaszek, nie zapytał czyje to miejsce, i zaczął się przebierać w moim boksie. Wziąłem jego ciuchy i położyłem na środku szatni. Chłopak oburzył się, powiedział że zajął to miejsce, na co ja odpowiedziałem, że na początku trzeba zapytać, dopiero później się rozkładać. Nie mówię, że wszyscy młodzi piłkarze od razu panoszą się w szatni, ale mam wrażenie, że jest to tendencja wzrostowa – jest mniej szacunku do starszych. Nie tylko piłkarzy, ale i ludzi ogólnie.

Ł.K.: Jak ty wchodziłeś do szatni Siarki, to nikt nie musiał cię „prostować”?

A.S.: Łukasz, opowiem ci, jak to wyglądało ze mną i Tomkiem Kiełbowiczem. Gdy weszliśmy do szatni, to nie śmieliśmy zapytać, czy jest gdzieś wolne miejsce, tylko wzięliśmy dwa krzesła i usiedliśmy przy grzejniku. Dopiero w momencie odprawy przedmeczowej, chłopaki robili nam miejsce. Po dwóch meczach, kapitan Edek Tyburski, powiedział: studenci, zwolniły się dwa miejsca, weźcie je sobie.

Ł.K.: Studenci?

A.S.: Tak, bo studiowaliśmy, więc chłopaki dla ułatwienia tak na nas wołali. Wiedzieliśmy, że jesteśmy młodzi, znaliśmy swoje miejsce w hierarchii zespołu. Nikt nas nie musiał uświadamiać. Wyczuwało się, co można, a czego nie można. Teraz jest to zachwiane.

Ł.K.: Wróćmy na chwilę do twojej kariery. Z GKS-u trafiłeś do Widzewa, w którym trenerem był Twój kolega z Katowic – Marek Koniarek.

A.S.: Marek do GKS-u trafił do nas w pierwszej lidze, gdy walczyliśmy o utrzymanie. Polubiliśmy się, razem mieszkaliśmy w pokoju w trakcie zgrupowań przedmeczowych. Do dzisiaj mamy ze sobą kontakt. Może nie duży, bo mieszkamy w innych rejonach Polski, ale staramy się dzwonić do siebie. I fakt, gdy Marek był trenerem Widzewa, zadzwonił do mnie i powiedział szczerze: Artur, finansowo będzie ciężko, jednak sportowo będzie to dla ciebie dobry ruch. Moim zdaniem, w Łodzi miałem najlepszy okres piłkarski. Zostałem nawet wybrany do „11” rundy.

Ł.K.: Przebąkiwano o możliwości powołania do kadry.

A.S.: Kierownik drużyny, Pan Tadeusz Gapiński, powiedział to samo. Stwierdził, że byłem w takim sztosie, że gdyby nie transfer do Groclinu, to otarłbym się o kadrę Polski. Choć fakt, bez pieniędzy się grało. Ożeniłem się w międzyczasie, więc myślałem o utrzymaniu rodziny. Pół roku dało radę grać bez pieniędzy, na dłuższą metę nie mogło to wypalić.

Ł.K.: Oferta Groclinu była jak gwiazdka z nieba?

A.S.: Aż tak to nie, jednak wiadomo, że dobrze tam płacili. Był to potentat finansowy, można było się skupić tylko na treningach. Pamiętam, że ofertę dostałem, gdy trenerem Widzewa był Marek Kusto. Podszedłem do trenera, powiedziałem szczerze o propozycji Groclinu, na co szkoleniowiec powiedział, że nie będzie trzymał mnie na siłę, ale mam zadzwonić do Grajewskiego.

A.S.: Jak zareagował „JAG”?

Ł.K.: Zaczął mnie straszyć, wyzywać od gówniarzy. Powiedział, że jak spróbuje odejść, to sprawi, że w ogóle nie będę grał (śmiech). Odpowiedziałem mu, że jak się ze mną rozliczy, to będziemy mogli rozmawiać. Rozłączyłem się, spakowałem i wyjechałem. Kartę miałem na ręku, więc w związku z brakiem wypłat, nikt nie mógł mnie zatrzymać.

Ł.K.: Odczuwaliście wsparcie kibiców, w momentach, gdy klub nie płacił?

A.S.: Kibice nie ingerowali w nasze zajęcia, po porażkach nie zapraszali nas na rozmowy motywacyjne, rozumieli w jakiej jesteśmy sytuacji. Nie myśleliśmy też o strajkach, niewychodzeniu na treningi. Każdy z nas przyszedł do Widzewa, żeby grać w ekstraklasie i się pokazać. Rzecz jasna też odejść, choć gdyby sytuacja w Łodzi się ustabilizowała, to trzon zespołu zapewne by został.

Ł.K.: Trzon zespołu był bardzo silny.

A.S.: Wielkie nazwiska się pojawiły. Naprawdę, mieliśmy wspaniałą drużynę – był Michalczuk, Bogusz, Jop, Marcin Zając, Piekutowski. Rafał Kaczmarczyk rozgrywał bardzo dobry sezon. Kibice byli wręcz zaskoczeni, że bez pieniędzy, na podstawie samego charakteru, osiągaliśmy solidne wyniki. Potwierdziło się to, że Widzew, sam w sobie, to drużyna z charakterem, i przychodząc tutaj, piłkarze tym emanują.

Ł.K.: Prezes Grajewski dużo obiecywał?

A.S.:(długi śmiech). Bardzo dużo. Po tym, jak podpisałem kontrakt, nie mogłem z nim porozmawiać niestety. Na początku treningu przyjeżdżał swoim Ferrari, było go widać z boiska, gdy zajęcia się kończyły, prezes znikał jak kamfora.

Ł.K.: Otrzymałeś, choć jakiś procent z tych obietnic?

A.S.: Tak, część obiecanych pieniędzy za podpis otrzymałem w momencie składania autografu pod kontraktem. Gdy zapytałem, gdzie reszta pieniędzy, prezes powiedział: „Artur, spokojnie. Jutro przy śniadaniu się spotkamy i ci zapłacę”. Minęło kilkanaście lat, a ja cały czas czekam na to śniadanie. (śmiech).

Możemy wrócić na chwilę do GKS-u?, przypomniała mi się pewna historia z bombką.

Ł.K.: Jasne.

A.S.: Mówimy o niewypłaconych pieniądzach, więc muszę to opowiedzieć. W GKS-ie też było ciężko z finansami. Młody Dziurowicz, gdy dowiedział się, że chcę odejść, bardzo zabiegał o to, bym został w klubie. Powiedział mu: Piotrek, jak przyjedziesz, rozliczysz się ze mną i nakreślisz jakiś plan płacenia pensji, to nie widzę problemu. Umawialiśmy się kilka razy, zawsze coś stanęło na przeszkodzie. W pewnym momencie nie wytrzymałem.

Ł.K.: Miałeś dość spławiania?

A.S.: Tak, ale chodzi też o jakość historii. Pewnego dnia dzwoni do mnie Piotr Dziurowicz i mówi, że kupił sobie psa, wyżła. Odpowiedziałem, że fajnie, ale mieliśmy się spotkać. A on na to, że w tej sprawie dzwoni, bo pies połknął mu bombkę z choinki i musi jechać do weterynarza. W którejś gazecie wyszedł artykuł: „Pies prezesa zjadł bombkę”. (śmiech). To był dla mnie szczyt wszystkiego i musiałem wyjechać.

Ł.K.: Mimo że byłeś chyba trochę niedoceniany, to prezesi czy też trenerzy starali się Ciebie zatrzymać w klubie. Masz z tego satysfakcję po latach?

A.S.: Wiesz, nigdy nie byłem fermencicielem czy intruzem w szatni. Starałem się tworzyć atmosferę w szatni. Jak mówiłem, jestem z innego pokolenia piłkarskiego. Podobna sytuacja była u prezesa Drzymały.

Ł.K.: Też chciał cię zatrzymać w Grodzisku?

A.S.: Zacznę od początku, trafiłem tam z Widzewa. Wszystko było płacone na czas, fajny skład. Był Piotrek Stokowiec, Jarek Areszkiewicz, Grzesiek Rasiak. Grałem z piłkarzami, którzy wypłynęli na szerokie wody piłkarskie. Niestety, miałem w Grodzisku ciężki okres życiowy. Tak jak szybko się ożeniłem, tak szybko się rozwodziłem. W mojej ocenie to był błąd, że odszedłem z Groclinu. Poprosiłem prezesa Drzymałę o zgodę na odejście, miałem propozycję ze Stomilu Olsztyn, gdzie miałem nakreślone wielkie plany związane z tym projektem. Prezes powiedział mi, że jeszcze nie było zawodnika, który przyszedł do niego i poprosił o zgodę na odejście.

Ł.K.: Jak rozumiem, prezes nie robił Ci problemów?

A.S.: Nie. Poprosił mnie, żebym to przemyślał. Następnego dnia przyszedłem i powiedziałem, że jestem zdecydowany i chcę odejść. Prezes zachował się naprawdę w porządku. Powiedział, że jeszcze mi zapłaci za dwa miesiące gry, mogłem do końca roku użytkować willę, w której mieszkałem. Nigdy nie spotkałem się z takim człowiekiem, który podszedł tak życiowo do innego człowieka.

Ł.K.: Poczułeś ulgę, że otrzymałeś zgodę?

A.S.: Wiesz, prezes mnie rozumiał, wiedział, że rozwód nie jest łatwą sprawą. To była kolejna osoba, która chciała mnie zatrzymać. Z perspektywy czasu wiem, że to był mój błąd. Namówił mnie do tego pseudoprzyjaciel. Nie będę podawał jednak jego nazwiska. Przez kilka lat uważałem go za przyjaciela, a potem zaczął mi szkodzić.

Ł.K.: W tamtym czasach mówiono, że Stomil zabija kariery piłkarskie.

A.S.: Dokładnie. Problemy zaczęły się tam od początku. Przyszedłem ja, Maciek Terlecki, który był na zakręcie piłkarskim, natomiast odeszło wielu zawodników. Klub z nimi się nie do końca rozliczył finansowo, co już wskazywało, że mogą być problemy z pieniędzmi. Gdyby zostało tych sześciu piłkarzy, którzy odeszli i dodać tych którzy przyszli, to byśmy się utrzymali. Mimo że spadliśmy, patrząc na skład, jaki mieliśmy, to i tak zrobiliśmy bardzo dobry wynik. Władowaliśmy się w bagno.

Ł.K.: Poziom sportowy był aż tak zły?

A.S.: (Cisza) Cieniutko to wyglądało, bardzo cieniutko. Oglądam czasami tamte mecze, było bardzo źle. Ogólnie, nie mieliśmy warunków, klub nie płacił, chłopaki chodzili na zwolnienia, kogoś wyrzucili z mieszkania, bo klub nie opłacił czynszu. To wszystko się przekładało na naszą formę. Nikt nie myślał o piłce, a o tym, by przetrwać. Na dwie kolejki przed końcem wiedzieliśmy, że spadniemy z ligi. Ja też niepotrzebnie zostałem po spadku.

Ł.K.: Nie było innych ofert?

A.S.: Były, jednak dałem się omamić. Znalazł się sponsor, który jak się później okazało, w klubie był tylko przez miesiąc. Miałem nadzieję, że coś się tu fajnego stworzy, skończyło się padaką.

Ł.K.: Stomil jest chyba zaprzeczeniem teorii, która mówi, że im biedniej w klubie, tym lepsza atmosfera.

A.S.: Powietrze na mazurach jest super, jednak to do piłki – dramat. Jak się wchodziło tam do szatni… Powiem tak, nie widziałem tak beznadziejnej szatni, jak w Stomilu. Tam się nie czuło atmosfery, cisza, każdy sobie. W Widzewie cały czas się śmieliśmy. Maćka Stolarczyka już na korytarzu było słychać, a tu każdy w ciszy czyścił buty.

Ł.K.: Może trzeba było staropolskim zwyczajem, pójść wspólnie do baru?

A.S.: Wkupne było, ale nic to nie zmieniło. Zresztą nie było to takie spontaniczne, tylko bardziej wymuszone, z urzędu. Integracja była, bo była, dla sztuki, żeby powiedzieć, że coś się dzieje. Swoją drogą, trener też był nietrafiony, nie mam pojęcia skąd się wziął. Nie miał podejścia do drużyny. Nie chcę „jechać” personalnie, jednak każdy sobie może sprawdzić o kogo chodzi.

Ł.K.: Odejście do Drwęcy to było dla ciebie złapanie piłkarskiego tlenu?

A.S.: Przede wszystkim chciałem uciec z Olsztyna. Nie pamiętam dokładnie, kto mnie namówił na ten transfer, ale zarobiłem fajne pieniądze. Proponowali mi mieszkanie, chcieli żebym został na dłużej. Nareszcie poczułem swobodę, czułem, że szanowano moją pracę. Z drugiej strony, wiedziałem, że jeżeli chce myśleć o piłce, to nie mogę dłużej tam zostać.

Ł.K.:. W końcu dostawałeś wypłatę na czas, co musiało być zaskoczeniem dla ciebie.

A.S.: Trafiłeś w sedno. Jeżeli nie masz płacone przed długi czas i idziesz do klubu, w którym masz płacone solidne pieniądze, co ważne, w terminie, to człowiek kompletnie inaczej życie.

Ł.K.: Gdyby młody piłkarz dostaję pierwszą pensję, często czuję się panem świata. Jak jest z doświadczonym piłkarzem, który nie otrzymywał pensji od kilku klubów i nagle dostaje pieniądze?

A.S.: Rożnie, każdy indywidualnie do tego podchodzi. Zauważyłem jednak, że z wiekiem człowiek ma więcej pokory, inaczej podchodzi do wielu rzeczy. Nie ma efektu „hulaj-dusza”, tylko człowiek się zastanawia, co może się wydarzyć w przyszłości i rozsądniej planuje wydatki.

Ł.K.: Jak rozumiem, Lamborghini w leasing nie wziąłeś po pierwszej wypłacie w Drwęcy?

A.S.: Nie, aż tak szeroko nie poszedłem (śmiech). Nie byłem jednak piłkarzem, który by dużo odkładał, po prostu żyłem.

Ł.K.: Z Drwęcy odszedłeś do Unii i trafiłeś do Widzewa, jednak nie wystąpiłeś tam ani razu. Co się wydarzyło?

A.S.: Miałem niezapłacone pieniądze z Widzewa, więc zgłosiłem sprawę do sądu arbitrażowego przy PZPN. Wyrok zapadł taki, że RTS ma mi zapłacić zaległe pieniądze. W Widzewie sobie wymyślano, że raz jeszcze podpiszą ze mną kontrakt, dzięki czemu uniknęliby zakazu transferowego. Prezes Gapiński zaprosił mnie na rozmowy, co prawda na początku Grajewski robił problemy, jednak koniec końców była to dla mnie szansa. Przychodziłem do Widzewa z trzeciej ligi, więc mogłem znów pokazać się szerszej publiczności. Klub wypłacił mi część zaległych pieniędzy. A dlaczego nie zagrałem? Przyszedłem na początku okresu przygotowawczego, więc musiałem trochę zgrać się z zespołem. Gdy byłem w kadrze meczowej na spotkanie meczowe, zerwałem więzadła. Pamiętam, że Tomek Łapiński znosił mnie z boiska, bo nie mogłem chodzić.

Ł.K.: Można powiedzieć, że w Widzewie najlepszy okres w kadrze i jednocześnie zakończenie kariery.

A.S.: Nie da się ukryć. Długo nie mogłem grać w piłkę, organizm tak szybko się nie regenerował. Było ciężko.

Ł.K.: Wyjechałeś następnie do Cypru. To były wakacje połączone z grą?

A.S.: Na wyjazd do Cypru namówił mnie Robert Stachura, którego wdrażałem w Widzewie. Miał chłopak potencjał, w sparingach wyglądał dobrze, jednak jak przyszła liga, nie radził sobie w ogóle. Pomogłem mu i po kilku latach się odwdzięczył. Zadzwonił do mnie i powiedział, że cypryjski klub szuka doświadczonego obrońcy. Moja pani była wtedy w ciąży, więc długo się nad tym krokiem zastanawiałem. Zdecydowałem się w końcu i spędziłem tam trzy lata. Może byłbym tam dłużej, jednak znów nie ułożyło mi się z matką moich dzieci. Mogłem zostać, jednak stwierdziłem, że nie chcę usłyszeć od dzieci „Tato, gdzie byłeś, gdy cię potrzebowaliśmy”. Proponowali mi pracę, miałem pomagać szkolić dzieci. Jednak rodzina, zwłaszcza dzieci, przeważyły sprawę.

Piłkarsko to była liga trochę niedzielna. Więcej zabawy, żyło się jednak bardzo dobrze. Inna mentalność, super klimat.

Ł.K.: Poranne treningi Ci nie przeszkadzały?

A.S.: Nie, choć musiałem się przedstawić. Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie tam treningów o czternastej czy piętnastej. Było za gorąco, o tej porze ciężko tam kogoś spotkać na ulicy. Mimo wszystko dobrze mi się tam żyło.

Ł.K.: Oglądasz czasami jeszcze polską ekstraklasę?

A.S.: Rzadko. Nigdy zresztą nie byłem typem oglądacza. Jeżeli mam możliwość, to oglądam, jednak nie planuję całego dnia pod jakieś konkretnego spotkania. Dodatkowo dużo się zmieniło, przy każdym kontakcie piłkarze leżą, płaczą. Ciężko to się ogląda. Nigdy nie byłem fanatykiem oglądania spotkań, to swoją drogą.

Ł.K.: Obserwujesz to, co się dzieje w Widzewie? To twój były klub, dodatkowo mieszkasz w mieście, w którym kibicuje się Widzewowi.

A.S.: Jeszcze nie byłem na nowym stadionie, jednak faktycznie – gdzie się nie spojrzy, to w Skierniewicach napisy czy naklejki widzewskie. Bardzo jest miłe, że często kibice mnie pamiętają, porozmawiają czasami. Pytają o Marcina Zająca, Maćka Stolarczyka. Skierniewice są całe za Widzewem i można tutaj wyczuć namiastkę tego stadionowego klimatu.

Ł.K.: Masz kurs UEFA A, trenowałeś seniorów i juniorów. Planujesz powrót do piłki?

A.S.: Miałem jakieś propozycje, chyba bałem się podjąć decyzję związanej z wyjazdem ze Skierniewic. Mam tutaj stabilizację finansową, są tutaj moje dzieci, więc ciężko coś zmienić. Jednak myślę, że jeszcze trochę i się wychylę. Myślałem o menadżerce, zwłaszcza że otrzymuje dużo telefonów z pytaniami o pomoc. Jednak nie chcę tak daleko wybiegać w przyszłość. Choć skoro tyle czasu byłem przy piłce, ciężko to teraz porzucić.

 

Łukasz Karpiak

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.