Adam Duda: „Drugi trener mówił nam, że ładnie wyglądamy w TV, jednak nie potrafimy grać w piłkę”

Przez kilka lat kibice Lechii wiązali z nim duże nadzieje. U trenera Kaczmarka spełnił swoje marzenie – strzelił bramkę dla gdańszczan. Z każdym kolejnym sezonem napotykał problemy, które zatrzymały jego rozwoju. Adam Duda w rozmowie o Lechii, trenerze Probierzu, pół roku niepłacenia w Widzewie.  

Łukasz Karpiak: To chyba jedno z najcięższych pana okienek transferowych, biorąc pod uwagę sytuacje, które miały miejsce w Bałtyku oraz w Starogardzie?

Adam Duda: Rzeczywiście, nie spodziewałem się, że to wszystko tak się potoczy. Takie jest życie. Jestem człowiekiem bezkonfliktowym, staram się dogadywać z ludźmi. Po raz kolejny potwierdziło się, że dopóki nie ma się wszystkie podpisanego na papierze, to nie można być niczego pewnym. W Bałtyku tak się potoczyło, że musieliśmy się rozstać. Klub z Gdyni szukał oszczędności, ja też nie mogę pozwolić sobie na przestoje finansowe, a Bałtyk nie mógł zapewnić terminowości wypłat. Później był Starogard, wszystko było ustalone z działaczami, lada dzień miałem podpisywać umowę. Na dzień przed podpisaniem umowy trener Kowalski zablokował transfer. Zostałem na lodzie. Następnie byłem na testach w Elanie, zdałem je pozytywnie, trener widział mnie w zespole. Warunki finansowe były niższe niż średnia krajowa i dlatego zrezygnowałem z propozycji torunian. Najprawdopodobniej wyląduje w czwartoligowej Concordii Elbląg, mają dużą przewagę nad drugim zespołem. Jestem przekonany, że awansujemy do trzeciej ligi, wracam też do klubu, w którym kiedyś już grałem.

Ł.K.: Wracając do testów w Stargardzie – powiedział pan, że nie jest pan osoba konfliktową. Trener Kowalski za to jest bezpośredni – zarzucił Panu, że nie lubi się pan „spocić” w trakcie treningów i spotkań. Mocny zarzut.

A.D.: Nie chcę bawić się w odbijanie piłeczki za pomocą gazet czy serwisów internetowych. Jak ktoś tak się wypowiada, to najprawdopodobniej brakuje mu klasy, to powinien być cały komentarz do tej sytuacji. Jeżeli trener miał problem związany z moją osobą, to mógł osobiście ze mną porozmawiać, zamiast mówić takie słowa na łamach prasy. Ma pan rację, jest to duży zarzut, myślę, że osoby, które ze mną pracowały wiedzą, że nie można mi zarzucić braku charakteru czy braku ambicji. Zawsze moje braki umiejętności, nadrabiałem walką na boisku. Tak jak wspomniałem, w mojej ocenie jest to brak klasy, myślałem, że trener Kowalski potrafi lepiej się zachować. Nie chcę się bawić teraz w akcje typu: ja jemu, on mi. Nigdy nie miałem problemu, czy spięcia z trenerem Kowalskim, jednak trener ocenił mnie bardzo nieobiektywnie i krzywdząco.

Ł.K.: W Bałtyku odbudował się pan – regularnie zdobywał pan bramki. Po odejściu z Gdyni spodziewałem się, że trafi pan na szczebel centralny. Nie było innych ofert z drugiej ligi?

A.D.: Cały czas się zastanawiam, dlaczego tam nie trafiłem, nie mogę się z tym pogodzić. Ciężko mi jednak inwestować w siebie… Nie będę oszukiwał – głównie chodzi o pieniądze. Okazuje się, że w drugiej lidze warunki są słabe. Nie licząc Elany, były jeszcze dwa kluby, z którymi rozmawiałem, i za każdym razem się okazywało, że propozycje kontraktu były słabsze, niż dwa poziomy niżej. Jednak żeby nie było, że w Elblągu teraz płacą wielkie kokosy – jestem blisko domu, odpada więc przykładowo wynajem mieszkania. Dodatkowo córka chodzi do przedszkola, żona ma dobrą pracę, ciężko byłoby to wszystko rzucić i wyjechać w Polskę bez zabezpieczenia finansowego. Nie jestem w takiej sytuacji rodzinnej i finansowej, by sobie na to pozwolić. Trzeba pamiętać, że nie mówię o jakiś wielkich kwotach – kluby drugoligowe nie potrafiłyby zapewnić mi godnego przeżycia kilku najbliższych miesięcy. To był główny problem, bo sportowo dawałem sobie radę. Jest mi trochę szkoda, bo chciałbym grać na szczeblu centralnym. Wierzę, że nie powiedziałem ostatniego słowa, jednak muszę myśleć o rodzinie.

Ł.K.: Szanuję pana za szczerość. Zazwyczaj w takich sytuacjach piłkarze mówią o wizji budowania klubu, fantastycznej atmosferze. Pan szczerze mówi o czynniku finansowym.

A.D.: Jestem świadomy, że mój dorobek strzelecki w Bałtyku nie był perfekcyjny, ale nie był też zły. Strzeliłem 12 bramek w poprzednim sezonie, 8 w tej rundzie, dodatkowo zaliczyłem kilka asyst. Sportowo, nieskromnie powiem, jestem w stanie grać w wyższych ligach, tym bardziej jest mi szkoda, że nikt nie jest w stanie zapewnić mi godnych warunków, by udowodnić swoją wartość. Wiadomo, trzeba dbać o siebie i swoją sytuację, więc podjąłem taką, a nie inną decyzję. Całą zimę ciężko pracowałem, chodziłem na siłownię i czuję, że jestem w dobrej formie.

Ł.K.: Patrząc na pana przywiązanie do Lechii, transfer do gdyńskiego klubu nie wydawał się naturalny. Z drugiej strony, łatwiej wyobrazić mogłem sobie pana w koszulce Bałtyku niż w barwach Arki.

A.D.: W Trójmieście nie ma dużo klubów, które reprezentują solidny poziom. Bałtyk był takim klubem, do którego szły osoby, które odchodziły z Arki czy Lechii. Zresztą, ten transfer do Bałtyku to był splot pewnych wydarzeń. Chwile przed odejściem z Concordii Elbląg złamałem kość strzałkową. Kluby zamykały powoli kadry, a ja musiałem się leczyć. Miałem oferty z trzecioligowych klubów, głównie z pomorza. Bałtyk był najbardziej konkretny, dodatkowo tworzył się tam silny zespół, który miał walczyć o awans. Faktycznie tak było, do ostatnich kolejek walczyliśmy o promocję do ligi wyżej. W Gdyni odczuwałem dużą radość gry. Fajny to był okres.

Ł.K.: Wróćmy do początków kariery – „Młoda Ekstraklasa” była potrzebna, biorąc pod uwagę młodych zawodników?

A.D.: Myślę, że tak. Na pewno gra na najlepszych stadionach w Polsce, podróże po całym kraju dodawały profesjonalizmu i były dodatkową motywacją dla młodych piłkarzy. Dla mnie to była wielka nobilitacja – podróżować autokarem obklejonym w barwy klubowe, takim samym, jakim jeździli seniorzy. Biorąc pod uwagę kwestie motywacji czy też nawet delikatnego dotknięcia wielkiej piłki, były to rozgrywki potrzebne. Dodatkowo w meczu Młodej Ekstraklasy mogło występować kilku seniorów, co również było bodźcem to dalszej pracy. Można było występować w spotkaniu razem z piłkarzami, których zazwyczaj gdzieś podpatrywało się w telewizji. Fajne też było to, że te rozgrywki tworzyły taką naturalną drogę dla młodego piłkarza – z Młodej Ekstraklasy przechodziło się do rezerw, następnie trafiało się do pierwszego składu. Wszystko było płynne.

Ł.K.: Lechia w Młodej Ekstraklasie miała kilku piłkarzy, którym wróżono dużą karierę. Między innymi pan, Kuba Kawa czy Przemysław Frankowski. Największą karierę z tej trójki zrobił Przemek, choć na początku to pan był częściej zapraszany na treningi z pierwszym zespołem. Jest trochę niedosytu?

A.D.: Nie ukrywam, że jest. Często oglądam mecze ekstraklasy, widzę, że dużo moich kolegów tam występuję. A przecież razem trenowaliśmy, nie było widać kolosalnej różnicy, a oni grają w ekstraklasie a ja w trzeciej lidze. Zastanawiam się, czemu tak to się potoczyło. Szkoda, ale w tym sporcie potrzeba trochę zaufania oraz szczęścia. Był trener Kaczmarek, postawił na mnie i odpłaciłem się trenerowi za zaufanie bramkami. Później trener odszedł, przyszedł trener Probierz, z wypożyczenia wrócili Grzelczak i Tuszyński a mnie szkoleniowiec chciał się pozbyć z klubu. Sądzę, że to był przełomowy moment w mojej karierze. Nie byłem ulubieńcem trenera, musiałem odejść i moja kariera zwolniła.

Ł.K.: Pierwszą szansę w Lechii otrzymał pan jednak nie od trenera Kaczmarka, a od Pawła Janasa. Jaki jest trener Janas w kontaktach z młodymi piłkarzami? Z jednej strony mówi się, że stara się ustawiać młodych zawodników po kątach, z drugiej strony można usłyszeć, że trener, delikatnie mówiąc, nie wpiernicza się.

A.D.: (śmiech). W moim przypadku poszło bardziej w tę drugą stronę. Trener trzymał się gdzieś z dala, choć to złudne wrażenie – on taki preferuje styl rządzenia ludźmi. Mimo wszystko trener uważnie obserwował zajęcia i chociaż mało mówił, dokładnie wiedział, co robimy i według tego wybierał meczową osiemnastkę. Zawsze był sprawiedliwy, oceniał piłkarzy według formy i zaangażowania, jednak nie tłumaczył nam swoich wyborów.

Ł.K.: Wspomniał pan, że trener Kaczmarek panu zaufał. Jednak czy ta relacja naprawdę była tak dobra? W mediach pojawiały się informację o kłótni między panem a trenerem. Konflikt miał być tak duży, że aż zażądał pan rozwiązania kontraktu. Ile w tym było prawdy?

A.D.: Zacznijmy od tego, że dziennikarze z Trójmiasta bardzo żyją Lechią i każdą informacją z nią związaną. Lechia wtedy się odradzała, grała coraz lepiej, więc wszyscy z zainteresowaniem patrzyli na to, co się dzieje w Gdańsku. Ja akurat byłem po pierwszych spotkaniach w Lechii i chciałem się bardzo dobrze pokazać przed nowym trenerem – Bogusławem Kaczmarkiem. Przed ogłoszeniem kadry na obóz w Turcji miałem drobną kontuzję, jednak dwa dni przed wylotem lekarz klubowy stwierdził, że nie widzi przeszkód przed moim udziałem w obozie, pod warunkiem, że treningi rozpocznę od drugiego dnia zgrupowania. Trener Kaczmarek stwierdził, że na pierwszym obozie wszyscy piłkarze mają być zdrowi, wyjątkiem był tylko Mateusz Machaj. Ja czułem się na siłach, by pojechać do Turcji, nie czułem się gorszych od kolegów, więc poprosiłem o zgodę na odejście. Jednak podkreślę to – poprosiłem, nie wymuszałem, nie żądałem. Uważałem, że skoro nie pojechałem na obóz, to nie będę miał szans na grę w lidze, a chciałem grać regularnie w piłkę.

Ł.K.: Jak zareagował na tę prośbę trener Kaczmarek?

A.D.: Odebrał to normalnie, na pewno się nie pokłóciliśmy. Jednak ktoś wypuścił informację do dziennikarzy, później dodano do niej kilka rzeczy i tak powstała ta plotka. Zresztą, bardzo szybko wyjaśniliśmy sobie to z trenerem Kaczmarkiem. Szkoleniowiec zaprosił mnie do swojego pokoju i powiedział, że nie ma możliwości, bym teraz opuścił klub, bo na wypożyczenie idą Grzelczak i Tuszyński. Jak się okazało, dobrze, że zostałem. Nie pojechałem na obóz, jednak u trenera Kaczmarka dostałem swoją szansę, i tak myślę, że ją wykorzystałem i odwdzięczyłem się za zaufanie.

Ł.K.: Większość trenerów mogła potraktować takie zachowanie jako jawny bunt.

A.D.: Fakt, choć trener Kaczmarek jest na tyle doświadczoną osobą, że wie jak postępować w takich sytuacjach. Wiedział, że jestem młody, może jeszcze trochę zagotowany, więc tę sprawę załatwił w cztery oczy, spokojną rozmową. Myślę, że nie miał z tym problemu, co się wydarzyło. Tak jak mówiłem, spokojnie porozmawialiśmy, powiedziałem o swoich obawach, trener na nie odpowiedział. Naprawdę, pełen profesjonalizm ze strony trenera.

Ł.K.: Trener Kaczmarek jest związany z Lechią. Może nie chciał wyrzucać z klubu wychowanka, który również jest kibicem gdańszczan. Kibice Lechii również wiązali z panem duże nadzieje.

A.D.: Nie da się ukryć, że jestem związany od najmłodszych lat z Lechią, jeździłem na jej mecze wyjazdowe. Moment, w którym zostałem zaproszony na trening pierwszej drużyny, był dla mnie spełnieniem marzeń. Te kilka minut, w których czekałem na debiut, a stadion krzyczał „Adam Duda”, jest dla mnie nie do zapomnienia. Dziękuje kibicom, bo czułem ich wsparcie. Dawało mi to dużego kopa na treningach. Trener Kaczmarek oczywiście jest emocjonalnie związany z Lechią. Chciał tu zbudować zespół oparty na gdańskiej tożsamości, na młodych piłkarzach związanych z Lechią. Myślę, że mu się to udało. Wynik sportowy był niezły, część chłopaków zrobiło dużą karierę.

Ł.K.: Z trenerem Kaczmarkiem rozmawiał pan spokojnie na temat swojej przyszłości w Lechii. Z trenerem Probierzem rozmowy były cięższe?

A.D.: Mam wrażenie, że trener celowało starał się mnie zdemotywować. Szkoleniowiec miał dużo pytań od dziennikarzy o moją osobą, pytano go, czy będzie na mnie stawiał. Również pytali o to kibice, działacze też mnie wspierali, czułem to mocno. Trener chyba nie lubi takich wpływowych zawodników, mogło mu się nie podobać to zainteresowanie moją osobą. Gdy była możliwość, to krytykował mnie przy całej drużynie. Z każdym treningiem moja chęć rozwoju malała. W rezerwach strzelałem bramki, pokazywałem się z dobrej strony, jednak gdy trener brał mnie do składu, to albo trafiałem w słupki, albo drużyna przegrywała. Celem trenera było, żebym odszedł z klubu.

Ł.K.: I zimą się to udało. Jednak wracając do trenera Probierza – część piłkarzy wspomina, że trener ma czasami specyficzny styl motywowania piłkarzy.

A.D.: Myślę, że w każdym zawodzie, w korporacji tak jak i w piłce, są różni ludzie i do każdego trzeba podchodzić indywidualnie. Jeżeli coś robi się źle, to reprymenda się należy, to jest normalne. Gdy dostajesz codziennie krytyczne słowa i w ogóle nie jesteś chwalony, logiczne jest, że w pewnym momencie się załamujesz. Długo wytrzymywałem tę sytuację, dawałem z siebie mimo wszystko dużo. Sądzę, że pomagało mi to, że trenowałem w barwach ukochanego klubu. W pewnym momencie jednak coś pękło, zacząłem się stresować. Tak po prawdzie niepotrzebnie, bo to skutkowało tym, że bałem się przyjąć piłkę, oddać strzał.

Ł.K.: W takiej sytuacji piłkarze korzystają z usług psychologa sportowego. Nie myślał pan o tym?

A.D.: W tamtym momencie nie dostrzegałem, że jest to problem. Uważałem, że trener taki jest – przyjmowałem jego uwagi i skupiałem się, by jak najlepiej zaprezentować się na treningach. Moim zdaniem, nie było źle z moją formą. Gdy schodziłem grać do trzecioligowych rezerw, to regularnie strzelałem bramki i dawałem sygnały, że mogę przydać się pierwszemu zespołowi. Niestety, nic z tego nie wyszło. Z perspektywy czasu wiem, że trener robił to celowo. Co do trenera mentalnego – faktycznie, mógłby mi pomóc, skorzystałem z niego dopiero w Widzewie Łódź. Wtedy nie wiedziałem, że warto skorzystać z usług profesjonalisty.

Ł.K.: Odszedł pan do Chojniczanki w przerwie zimowej. W marcu trener Probierz rozstał się z Lechią. Nie pomyślał pan, że warto było jeszcze te kilka miesięcy poczekać w Gdańsku, zamiast odchodzić do Chojniczanki?

A.D.: Tak naprawdę nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę opuścić Lechię. Trener Probierz nalegał na moje wypożyczenie, więc w końcu musiałem odejść. Trener zachował się trochę nie fair wobec mnie, bo w pewnym momencie miałem trzy oferty z klubów ekstraklasowych, jednak szkoleniowiec stwierdził, że mnie tam nie puści, bo nie będę grał. Powiedziałem trenerowi, że to klub, który mnie wypożyczy i szkoleniowiec, który będzie mnie prowadził, zadecyduje o tym. Później w wywiadzie stwierdził, że nie chce wzmacniać konkurencji, także obie wersje bardzo się gryzły ze sobą.

Do Chojniczanki trafiłem, gdyż trener Pawlak bardzo o mnie zabiegał. Rozmawiałem z nim dużo, w pierwotnym planie Chojnice miały grać trójką napastników, jednak po kilku nieudanych meczach, szkoleniowiec wrócił do taktyki 4-5-1. Co prawda nie straciłem miejsca w składzie, ale dużo spotkań rozegrałem jako skrzydłowy. Mój wynik bramkowy był słaby, nie chcę mówić, że to tylko wina taktyki, bo tak nie jest, jednak na pewno miało to wpływ na moją dyspozycję.

Ł.K.: Próba odbudowania pana, zwłaszcza psychicznie, nie była udana. Tylko dwie bramki w czternastu spotkaniach, kilka spotkań rozpoczętych na ławce rezerwowych.

A.D.: A w sparingach wyglądało to bardzo dobrze, strzelałem w meczach kontrolnych dużo bramek. Przed pierwszym meczem naderwałem mięsień na treningu, oddając strzał, tak bardzo chciałem się pokazać z dobrej strony. Przez pierwsze tygodnie dochodziłem do siebie, później musiałem powoli wracać do formy. Problemem w Chojnicach było to, że klub dopiero się rozwijał, nie było fizjoterapeuty, więc proces rekonwalescencji przechodziłem na własną rękę. Niestety, pobyt w Chojniczance nie był taki, jak planowałem. Miałem rozegrać dobrą rundę i wrócić do ekstraklasy.

Ł.K.: Z Chojniczanki trafił pan do Widzewa, który również był w trakcie odbudowy, miał swoje duże problemy organizacyjne i finansowe. Nie czuł pan obawy, przychodząc do dużego klubu, który był jednak w największym kryzysie od wielu lat?

A.D.: Miałem obawy, zwłaszcza że miałem z Lechią jeszcze dwuletni kontrakt, mogłem zawsze zostać w rezerwach gdańskiego klubu. Zostałem wystawiony na listę transferową i miałem szukać sobie klubu. Dużo rozmawiałem na temat sytuacji Widzewa. Osoby, które były związane z piłką, mówiły, żebym zaryzykował, gdyż Widzew jest tak dużą marką, że zawsze znajdzie się osoba, która pomoże klubowi przetrwać. To mnie przekonało, bo też uważałem, że Widzew to klub z dużą historią. Mam wrażenie, że wyobraźnia prezesa Cacka była za duża, to był jeden z problemów RTS-u. Klub przed chwilą spadł z ekstraklasy, średnia wieku składu była bardzo niska. Ciężko było robić awans tak niedoświadczonym zespołem. Oczywiście, piłkarze byli perspektywiczni, jednak brakowało liderów i doświadczonych zawodników, którzy wprowadziliby dyscyplinę zarówno w szatni, jak i na boisku. Wynik na początku był bardzo słaby, później było tragicznie, by nie powiedzieć beznadziejnie. Zarówno wynik sportowy, jak i atmosfera na linii włodarze klubu – kibice nie nastrajały optymistycznie.

Ł.K.: Atmosfera wśród kibiców faktycznie była fatalna – wojna z Sylwestrem Cackiem, szydera z trenera Tylaka, nie pomagało to chyba w grze?

A.D.: Faktycznie, ciężko było się skupić na grze, skoro kibice szydzili z nas już na rozgrzewce, gdy pojawiało się jakieś niecelne zagranie. To nie pomagało. Nawet po meczu, gdy chcieliśmy podziękować kibicom, którzy faktycznie wspierali nas przez cały mecz, słyszeliśmy wyzwiska. Było nam bardzo ciężko, bo każdy z nas grał najlepiej jak potrafił, choć cele postawione przed zespołem, były moim zdaniem, zbyt duże jak na potencjał drużyny.

Ł.K.: Jak to było z tym najdziwniejszym zdaniem, które usłyszał pan w szatni od trenera.

A.D.: Przecież nikt nie umarł (śmiech). Szczerze mówiąc, cały czas nie mogę w to uwierzyć. Z chłopakami z tamtego zespołu często to wspominamy. W tamtym momencie nie było to jednak ani śmieszne, ani profesjonalne. To świadczy jednak o trenerze, bo jeżeli przegrywasz siódmy mecz z rzędu, wchodzisz do szatni i mówisz „Nic się nie stało, przecież nikt nie umarł”… (chwili ciszy). Mówiąc delikatnie, jest to mało profesjonalne. Przyznaje, że to miało miejsce, ale nic z tym już się nie zrobi. Często się mówi, że piłkarza weryfikuje boisko. To samo odniesienie można zastosować do trenerów. Wiadomo, każdy z nas miał swoje za uszami, jeżeli jednak trener tak się wypowiada do piłkarzy po kolejnej porażce, to można się domyślać, że dużej kariery nie zrobi.

Ł.K.: Kto był lepszym trenerem – trener Tylak czy trener Pawlak?

A.D.: Trener Tylak, w rankingu trenerów, z którymi współpracowałem, byłby przed trenerem Pawlakiem, oczywiście w pozytywnym sensie. Warsztat trenera Tylaka był może średni, jednak przede wszystkim był szczerym i dobrym człowiekiem. Myślę, że to też powinien być czynnik, przez który powinniśmy oceniać współpracowników. Nie chcę, żeby to, co mówię, było odbierane jako wylewanie żali czy też próba odgryzienia się na trenerze Pawlaku. Wszystko weryfikuje wynik, przegraliśmy siedem spotkań z rzędu, co też dużo mówi o jego warsztacie. Moim zdaniem zabrakło zarówno u trenera Pawlaka, jak i całego ówczesnego sztabu właśnie „bycia człowiekiem”. Drugi trener potrafił na rozgrzewce przed meczem mówić nam, że ładnie wyglądamy w telewizji, ale nie potrafimy grać w piłkę i lepiej by było, żebyśmy może zaczęli robić coś innego. Działo to destrukcyjnie na nas.

Ł.K.: W pewnym sensie przeszedł pan do historii Widzewa…

A.D.: Dlaczego?

Ł.K.: Już tłumaczę. Bramka, którą strzelił pan Arce, dała pierwsze zwycięstwo na wyjeździe od blisko dwóch lat.

A.D.: Dobrze pamiętam ten mecz i śpiew kibiców Widzewa po meczu: „My dwa lata czekaliśmy, aż tu w końcu wygraliśmy”. Mieliśmy nadzieję, że to spotkanie będzie dla nas meczem przełomowym. Dla mnie też to była wyjątkowa chwila, bo to była pierwsza bramka strzelona Arce w rozgrywkach seniorskich. Radość po tym meczu była potrójna. Myślę, że dla większości piłkarzy, którzy wtedy występowali w Widzewie, ten mecz jest takim dobrym wspomnieniem, dzięki któremu nie możemy powiedzieć, że wszystko w Łodzi było złe. Ten wieczór był dla nas bardzo przyjemny.

Ł.K.: W najważniejszym meczu dla kibiców w tamtej rundzie – pożegnaniu starego stadionu – pan nie wystąpił. Żałował pan, że nie wyszedł pan w takim spotkaniu, przy takiej atmosferze?

A.D.: Ciężko powiedzieć, bo moja sytuacja też była zupełnie inna. Przychodząc do Widzewa, nie byłem piłkarzem anonimowym – działacze wiązali ze mną nadzieje, tak samo kibicie. Odczuwałem większą presję, jak i usłyszałem dużą ilość szydery czy przykrych słów. Mówiąc prawdę, cieszyłem się, że nie muszę występować w tym spotkaniu, bo psychicznie byłem na kompletnym dnie. To był mój najgorszy okres w przygodzie z piłką. Oczywiście, atmosfera była bardzo dobra, taka, jaka powinna być na każdym meczu Widzewa. Po spotkaniu, podczas rundy wokół trybun, usłyszeliśmy zarówno teksty „Panowie, przyłóżcie się i walczcie za ten klub”, jak i wyzwiska od najgorszych. Tych drugich było zdecydowanie więcej. To było traumatyczne przeżycie. Po tym meczu przyszedłem do domu kompletnie zdołowany, zamazał mi się obraz tej atmosfery po tym, co usłyszeliśmy po spotkaniu.

Ł.K.: Po tej rundzie, nastąpiło pół roku przerwy w grze.

A.D.: Niestety. Pamiętam, że Sylwester Cacek, trochę w pojedynkę, starał się jakoś uratować klub przed spadkiem. Zatrudnił trenera Stawowego, który powiedział mi na pierwszym treningu, że gra taktyką bez napastników i mam sobie szukać klubu. Problem był w tym, że z Widzewem miałem 2,5 roku kontraktu i rozegraną fatalną rundę. Ciężko było znaleźć sobie nowy klub, dodatkowo żona znalazła sobie pracę w Łodzi, więc nie chciałem co pół roku zmieniać miejsca zamieszkania. Zresztą, dzwonił do mnie prezes Cacek, który mówił, że nie chce mnie stracić, bo jestem wartościowym zawodnikiem. Prezes powiedział, że porozmawia z trenerem, by dał mi szansę na treningach, a ja mam go przekonać do siebie. Na zajęciach wszystko wyglądało ok, prezes poprosił szkoleniowca, bym mógł pojechać na obóz do Turcji. Pojechałem na obóz, jednak trener Stawowy podczas sparingów nie dawał mi szansy gry. Po jednym z przegranych sparingów szkoleniowiec wybuchł przed drużyną, powiedział, że nie będzie mnie w klubie i od jutra nie będę trenował z pierwszym zespołem. Widzew nie miał rezerw, więc trenowałem z juniorami starszymi. Nie grałem pół roku, na szczęście zacząłem współprace z trenerem mentalnym – Pawłem Drużkiem, któremu do dziś dziękuje za pomoc. Zacząłem też pracować mocno na siłowni, bo tego brakowało mi w początkowych latach kariery. Szkoda, że przez pół roku, nie mogłem grać w piłkę, jednak dużo pracowałem nad sobą i zmieniłem sposób patrzenia na piłkę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że przez pół roku nie dostałem wypłaty, straciłem wszystkie oszczędności – w końcu musiałem z czegoś żyć. Przykro mi, że klub tak postąpił, bo problemy finansowe, które rozpoczęły się wtedy, odczuwam do dziś.

Ł.K.: Jeżeli pana kariera wyhamowała u trenera Probierza, to w Widzewie wjechał pan z impetem w ścianę i doszczętnie się rozbił.

A.D.: Trafił pan w dziesiątkę. Bardzo mi szkoda, że Widzew nie wywiązywał się z postanowień finansowych. Z drugiej strony, do końca życia zostanie mi to, że Paweł Drużek postawił mnie na nogi i pomógł wyjść z dużego dołka psychicznego. Fajnie było po tej kraksie stanąć na nogi i pokazać, że jeszcze się nie poddałem. W Pogoni Siedlce w pierwszej rundzie strzeliłem 7 bramek, pokazałem, że to nie jest mój koniec.

Ł.K.: Gdyby nie trener mentalny, skończyłby Pan karierę po Widzewie?

A.D.: Raczej nie, choć nie grałbym na pewno na poziomie II i III ligi. Ofert z klubów nie było, wsparcie miałem tylko od rodziny. Gdyby nie trener mentalny, wróciłbym w rodzinne strony i kopałbym w dużo niższych ligach. Gram w piłkę od siódmego roku życia to jest moja pasja i styl życia, ciężko byłoby mi bez tego funkcjonować.

Ł.K.: Czyta pan komentarze pod artykułami związanymi z pana osobą?

A.D.: Za czasów Lechii Gdańsk faktycznie przeglądałem komentarze, jednak wtedy większość była pozytywna. Pamiętam, że po przegranym spotkaniu z Górnikiem Zabrze za „Bobo” Kaczmarka, wylało się dużo hejtu w internecie w naszym kierunku. Marcin Piotrowski powiedział mi, żebym tego nie czytał, że szkoda zawracać sobie głowę takimi wulgarnymi komentarzami. Od tamtej pory przestałem śledzić to, co o mnie piszą. Wiadomo, czasami człowiek się natknie gdzieś, ale kompletnie się tym nie interesuje.

Ł.K.: Pytam, bo gdzieś utrwaliło się, również dzięki komentatorom, pojęcie „Młodego Dudy”. Często, gdy są wymieniani młodzi piłkarze, ktoś dodaje informację, że jest jeszcze „młody” Adam Duda.

A.D.: Cały czas się z tego śmieje. Nawet jak ktoś pyta ile mam lat, to wszystkim odpowiadam, że jestem „Młody Duda” i mam kilka lat kariery przed sobą. Rzeczywiście, tak zostałem zapamiętany i jest to w pewien sposób pozytywne, bo zawsze wywołuje uśmiech na twarzy.

Ł.K.: Na pocieszenie mogę dodać, że obok „młodego Dudy”, wymieniany jest „młody Brożek”.

A.D.: (śmiech) W takim towarzystwie aż miło występować.

Ł.K.: Jakie są plany na najbliższą przyszłość? Powrót na powrót centralny w tym sezonie jest nierealny.

A.D.: Nie wykluczam tego, że niedługo tam trafię. Nie napinam się jednak na to, bo jak już wspominałem, miałem możliwość gry w drugiej lidze, ale muszę myśleć o rodzinie. Zawsze dla mnie priorytetem będzie rodzina. Teraz będę w IV lidze, jednak nie wyobrażam sobie, byśmy nie awansowali do III ligi. Trzeba też pamiętać, że napastnikowi czasami wystarczy jedna dobra runda, by trafić nawet dwa poziomy wyżej. Oczywiście jestem gotowy na to, także jak przyjdzie propozycja z klubu, przykładowo, pierwszoligowego, to wiem, że dam radę. Nie licząc zajęć w klubie, regularnie ćwiczę na siłowni, zostaję po zajęciach i ćwiczę z piłką, staram się naprawiać swoje niedoskonałości. Będę gotowy na transfer, obojętnie w którym momencie będzie on możliwy.

Ł.K.: Patrząc na to, jak zależy panu na rodzinie, zapewne już pan planuje co zrobić, gdy skończy pan karierę?

A.D.: Wstępny plan jest, ale jeszcze kilka lat gry przede mną. Byłem zawodowym sportowcem, także pewnie będę chciał dalej być związany z piłką. Uważam, że jestem inteligentnym człowiekiem i sobie poradzę w życiu, nawet jak piłka nie będzie przynosić już żadnych korzyści finansowych. Zresztą, mam żonę, która mnie wspiera, więc musi być dobrze.

Ł.K.: Żona dużo panu pomogła?

A.D.: Bardzo dużo. Oczywiście, jak w każdym małżeństwie, czasami się spieramy, ale w najcięższych momentach kariery bardzo mi pomogła. Poznaliśmy się, gdy dopiero przebijałem się do składu Lechii, więc też nie była świadoma, jak wygląda życie żony piłkarza. Niektórym kobietom jest z tym dobrze, z zawodu są tak zwanymi „WAGsami”, jednak moja żona to inny typ kobiety. Była ze mną, kiedy było dobrze, kiedy było źle, to na każdym kroku pokazywała, że jest ze mną. Był ciężki moment, gdy byłem w Widzewie i przez pół roku nie dostałem pensji, ale i tak Andżelika mówiła, bym nie zaprzestawał gry w piłki, bo to moja pasja i razem damy radę. Przez moją zawodową wpadkę było u nas źle, jednak wytrzymaliśmy to. Bardzo dziękuję jej za to, że była i dalej jest przy mnie. Cieszę się, że trafiłem na Andżelikę i że nadal jesteśmy razem.

 

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

fot. polsatsport.pl

1 thought on “Adam Duda: „Drugi trener mówił nam, że ładnie wyglądamy w TV, jednak nie potrafimy grać w piłkę””

  1. Miałem ” nieprzyjemność” oglądać tego zawodnika w grze KP Starogard ( Stargard to miasto w innej części kraju). Na tym poziomie rzadko widuję mniej zaangażowanych zawodników. Nie dziwi mnie decyzja Trenera Kowalskiego. Pan Duda nawet na tle juniorów wyglądał mizernie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.